Pokazywanie postów oznaczonych etykietą veroni. Pokaż wszystkie posty

Listopadowo-grudniowe denko...

... czyli zeszłoroczne zużycia, których trochę było. Miałam robić takie posty co miesiąc, ale w listopadzie wyszło na to, że zużyłam niewiele. A w grudniu poszalałam.


Original Source - Mandarin&Basil oraz Raspberry&Cocoa. Żele z nowej serii firmy. Tak jak inne wersje zapachowe, dobrze się pienią, nie wysuszają skóry i ładnie pachną. Jak dla mnie to najważniejsze cechy płynów/żeli do kąpieli.
Yves Rocher - Cacao&Raspberry (Cacao Collection) - świąteczna edycja limitowana. Pomimo zbieżności nazwy z żelem OS, ten mnie tak nie zachwycił. W butelce pachnie obłędnie, jak delicje malinowe, ale już w wannie cały zapach się ulatnia. Pozostałe wersje zapachowe mają tak samo, ale o tym pewnie będzie przy następnym denku. Pienił się dobrze i nie wysuszał.
Balea - Cocos&Nectarine - żele Balea uwielbiam i to one w zeszłym roku królowały w mojej łazience, co świadczy o tym, że są dobre. Ten był ostatni z dość sporych zapasów. Jeżeli się wszystko uda, to być może będę miała nowy, mały zapas (B.?? ;). 
The Body Shop - Spiced Pumpkin - ostatnia z mojego zapasu butelka edycji limitowanej. Zapach uwielbiam i dość mocno go oszczędzałam. Świetnie się pienił, nie wysuszał skóry, ale najważniejszy był w nim ten zapach. Mocno żałuję, że więcej butelek już nie mam.

Isana - Haarkur Intensiv-Pflege (Preparat do intensywnej pielęgnacji włosów z wysokoodżywczą proteiną z pszenicy i pantenolem) - 2 minutowa odżywka, która miała za zadanie nawilżyć i wzmocnić włosy, nadając im niezwykły połysk. Jeśli chodzi o nawilżenie - było natychmiastowe, ale nie długotrwałe. Wzmocnienia i połysku szczególnie nie zauważyłam, zwłaszcza, że odżywka przetłuszczała mi włosy.
Garnier - Odżywka ochronna z olejem arganowym i żurawiną - najlepsza odżywka jaką miałam okazję ostatnio używać. Świetnie nawilżała włosy, były błyszczące i miękkie w dotyku, świetnie się je rozczesywały, a na dodatek nie przetłuściła mi włosów. Na pewno zakupię kolejne opakowanie!
Balea - szampony: malinowy (mój ulubiony, niestety to była ostatnia butla), mango z aloesem i figa (z perłą?) - szampony Balea, tak samo jak żele tej firmy na stałe zagościły już w mojej łazience. Rzadko kiedy można u mnie spotkać szampon innej firmy, mam nawet dość spory zapas różnych wersji szamponów na przynajmniej 6 miesięcy. Uwielbiam je za zapach, wydajność (naprawdę, niewielka ilość jest potrzebna, aby wytworzyć pianę), nie zawierają silikonów i świetnie oczyszczają moje włosy, nie plącząc ich. Zapachy utrzymują się delikatnie i dość krótko na włosach.
Stara Mydlarnia - Raspberry Body Scrub - mega wydajny, dobrze ścierający peeling. Więcej w recenzji tutaj.
Veroni - Milky Sugar-Oil Scrub Green Banana - czyli świetny peeling o zapachu moich ulubionych zielonych bananów. Pisałam o nim całkiem niedawno o tutaj.

Flos-Lek - Arnica, Płyn Micelarny do demakijażu skóry naczynkowej - produkt, który otrzymałam w ramach HexxBox'a, na razie nic o nim nie napiszę, więcej w recenzji, która będzie niebawem.
Baikal Herbals - kremy na dzień i na noc - okropne przeokropne rozczarowanie. Spodziewałam się nawilżenia i ukojenia skóry, a dostałam podrażnienia. Zużyłam na łokcie i kolana. Mocno zraziłam się do produktów tej firmy.
Biały Jeleń - Hipoalergiczny żel do higieny intymnej z aloesem - świetny żel kosztujący dosłownie parę złotych ze świetną wydajnością i rewelacyjną delikatnością. Używałam do wiadomego celu, ani razu mnie nie podrażnił, świetnie regenerował drobne podrażnienia.  W użyciu jest już kolejna butla.
Oriflame - Hand Treatment Mask - nakładałam ją głównie na noc, bez rękawiczek - nie robiła nic, z rękawiczkami - było średnio. Mało wydajna, więcej do niej nie powrócę.
Balea - Hand Balsam - szybkowchłaniający się krem do rąk. Używałam go głównie w pracy, gdzie nie mam czasu na czekanie, aż krem wchłonie i od razu piszę na klawiaturze. Świetnie się wchłaniał, nie pozostawiał lepkiej warstwy, był wydajny i nawilżał dłonie, zapach był lekko ziołowy, ale to się da przeżyć.

Essence - Nail Polish Remover - zdradziłam z tym zmywaczem swój dotychczasowy hit - zmywacz z Sensique i nie żałuję. W miarę przyjenie pachniał kokosem i papają, świetnie usuwał lakier nie wysuszając przy okazji skórek. Druga butelka mi się już kończy i żałuję, że nie zrobiłam większego zapasu w Douglasie, jak był za grosze.
Sally Hansem - Insta-Dri - top coat, wysuszacz do paznokci. Lubiłam go i więcej nie napiszę, bo zbieram się do większej recenzji zbiorczej różnych top coat'ów :)
Nivea - Energy Fresh - kolejna już zużyta zielona kulka, często do niej wracam, a to o czymś świadczy.
EOS - balsam do ust. Chciałabym napisać coś na jej temat... ale poza tym, że świetnie służyła kotom za zabawkę, to nic nie jestem w stanie napisać odnośnie samych właściwości działających. Dlaczego? A to dlatego, że powinniście spytać moje dwie kotki jakim cudem udało im się odkręcić opakowanie, więcej już chyba dodawać nie muszę? :)
The Body Shop - Body Butter Duo Beurre Corporel - z balsamami do ciała to jest u mnie długa historia, bo długo leżą, a ja mam lenia jeśli chodzi o ich używanie. Tak samo było z tym gagatkiem. Bardziej treściwą połówkę używałam do łokci i na łydki, niej treściwą na resztę ciała. Szału na mnie nie zrobił, nie wart jest swojej wyjściowej ceny (uff, kupiłam go w promocji).

Milky sugar-oil scrub Green Banana od Veroni

Milky sugar-oil scrub Green Banana od Veroni, czyli mleczny peeling cukrowo-olejowy. Pachnie przecudnie bananami, które uwielbiam (zwłaszcza zielone!) i ten zapach to zdecydowanie zapach tytułowych zielonych bananów.

Peelingów cukrowych u mnie nigdy za wiele, dlatego, jak tylko zobaczyłam go w Drogerii Natura (obok truskawkowego i czekoladowego) od razu wiedziałam, że będzie mój. I myślę, że to nie będzie nasze jedyne spotkanie :)


Produkt zamknięty jest plastikowym, zakręcanym słoiczku o pojemności 200g. Producent informuje, że jest to peeling zarówno do ciała, jak i do stóp oraz rąk. Używałam go tylko w tym pierwszym przypadku.

Zawarty w składzie olej z awokado i olej z migdałów mają za zadanie łagodzić podrażnienia, zmiękczać oraz regenerować skórę. Masło Shea oraz masło kakaowe mają zapewnić odpowiedni poziom natłuszczenia i zapobiegać utracie wody.

I powiem tak: przy peelingach kieruję się na pierwszym miejscu zapachem, na drugim działaniem. Jak już wiadomo, zapachem mnie kupił. Jeśli chodzi o działanie to nie jest źle. Peeling całkiem nieźle ściera martwy naskórek, cukier się rozpuszcza pozostawiając mleczną warstewkę na skórze. Po spłukaniu wodą widać, że skóra jest delikatnie natłuszczona, ale i tak przy suchej skórze potrzebny jest balsam. Zapach utrzymuje się chwilę na skórze (dla mnie w tym przypadku to minus), nie jest wcale męczący, a wręcz przeciwnie.

Koszt to kilkanaście złotych (zależy od promocji). Serdecznie polecam fankom zielonych bananów :)




Ingredients: Sucrose, Paraffinum Liquidum, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Silica, Theobroma Cacao Butter, Butyrospermum Parkii Butter, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Persea Gratissima Oil, Propylene Glycol, Caprae Lac Extract, Parfum, BHT, Phenoxyethanol, Elthylhexylglycerin, CI 19140.
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me