Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the body shop. Pokaż wszystkie posty

Pustaki, czyli zużycia stycznia

Moja systematyczność woła o pomstę do nieba! Jest połowa lutego, a ja się od tygodnia zabieram za post denkowy ze stycznia. Obiecuję poprawę Wam, ale przede wszystkim sobie. Muszę w sobie regularność wyrobić, bo ostatnio z tym u mnie jest beznadziejnie :)

Ale wracając do tematu! Poniżej widzicie to, co udało mi się zużyć w poprzednim miesiącu. Nie jest tego dużo, już widzę, że więcej pustaków będzie w obecnym. Zapraszam Was na mini recenzje!


Pat&Rub - ekoAmpułka 1 do skóry wrażliwej i suchej. Bardzo, bardzo długo się na nią czaiłam, czekałam na odpowiednią promocję i w końcu dorwałam w swoje łapki. Odczucia mam mieszane - bo o ile z nawilżeniem i z brakiem podrażnienia, a nawet uspokojenia mojej cery się mu udało, to jeśli chodzi o stronę techniczną tego produktu, to nie wiem, czy miałam pecha, czy takie już są te ampułki. Chodzi o problem z wydobyciem produktu ze szklanej buteleczki. Było tak od samego początku, więc mam wrażenie, że albo trafiła mi się felerna pipetka, albo wszystkie są takie. Ciężko mi było również nakładać odpowiednią ilość, bo raz nie musiałam od razu wklepywać kremu, a raz musiałam - w zależności od ilości serum skóra była mniej lub bardziej napięta. Ale pomijając te minusy bardzo się z nią polubiłam, uspokajała cerę jak była za bardzo rozgrzana i łagodziła moje naczynka oraz nie podrażniała skóry!

Bioderma Sensibio H2O, czyli mój standard w demakijażu! Nie zamienię na żaden inny płyn micelarny, bo już nie raz kończyło się to podrażnieniem. Pełną recenzję znajdziecie na blogu.

Phenome - Non-Drying Cleansing Foam, czyli po prostu pianka do mycia twarzy o różanym zapachu. Po pierwsze - mega wydajna! Jedna pompka wystarczy do umycia buzi, pod koniec butelki trzeba się już kilka razy namachać nią żeby mieć odpowiednią ilość pianki, ale mi to nie przeszkadzało. Po drugie - bardzo, bardzo delikatna! W końcu jest przeznaczona do cery wrażliwej - również uspokajała moją cerę, bardzo przyjemnie oczyszczała i już po zmyciu makijażu, jak i sam makijaż (podkład + puder + róż + rozświetlacz; z demakijażem oczu nie próbowałam, bo nie maluję oczu). Jest bardzo delikatna, nie podrażnia i przede wszystkim nie podrażnia skóry i nie pozostawia uczucia ściągnięcia! A przy tym bardzo delikatnie i pięknie pachnie różami. Zaopatrzyłam się już w kolejną butelkę, więc już to o czymś świadczy :)


The Body Shop - Gingerbread Body Butter, czyli imbirowe masło do ciała z limitowanej edycji świątecznej. Miałam w swoich zapasach mocno zachomikowane to masło, zwłaszcza, że kupiłam je ponad rok temu podczas wyprzedaży! Uwielbiam zapach tej linii, nie pachnie standardowo imbirem, albo bardzo ten zapach lubię. Z nawilżaniem również całkiem nieźle sobie poradził. Z tej linii mam jeszcze mini krem do rąk i płakać będę, jak mi się skończy, bo tego zapachu podczas niedawnej świątecznej kolekcji już nie było...

Balea - waniliowy szampon do włosów. Chyba najmniej lubię tę wersję zapachową - jest mdła, co prawda dobrze oczyszcza włosy, ale miałam wrażenie, że przez jego użycie szybciej mi się przetłuszczają. Była to na szczęście ostatnia butelka tej wersji, bo na pewno już więcej bym do niej nie powróciła.

Balea - mandarynkowy peeling do ciała. Zaznaczę od razu, że był to bardzo, bardzo, bardzo drobny peeling. Na początku się przestraszyłam, że jest aż tak drobny, ale na szczęście działał całkiem nieźle. Oczyszczał skórę, nie nawilżał jej, ale również i nie podrażniał. Niestety sztuczność jego zapachu uniemożliwiała mi częste używanie, przez co jego zużycie zajęło mi kilka miesięcy.

The Body Shop - Almond Shower Gel. Migdały uwielbiam i jeść i wąchać. Dlatego też uwielbiam kosmetyki o ich zapachu. Zapach żelu w butelce mnie powalił, podczas kąpieli już nie bardzo, gdzieś wyparowuje. Dobrze się pienił i nie wysuszył skóry. Mało wydajny.


BarbraPro - tonik do zmywania paznokci. Czyli po prostu zmywacz z olejkiem pomarańczowym. Poza przyjemnym zapachem, nawilża również skórki. Do zmywania brokatów się nie nadawał, ale do kremów już zdecydowanie bardziej. 

Vichy - zielona kulka. Czy coś więcej muszę dodawać?? :D

Nivea - Clear-up-Strip. Czyli plaster do oczyszczania nosa. Całkiem nieźle radzi sobie z oczyszczaniem, o ile za mocno się go nie zmoczy wodą, bo inaczej trzeba go suszyć. Nie wiem, czy jest jeszcze do kupienia, bo ja swoje zapasy poczyniłam kilka miesięcy temu.

Pustaki | czyli zużycia z grudnia

Posty denkowe bardzo lubię... czytać, bo jak mam sama taki stworzyć, to czasami jest mi słabo ;) Głównie ze względu na to, że ostatnimi czasy gromadziłam puste opakowania z kilku miesięcy, a potem jeszcze zrobić im zdjęcia i je opisać... To nie dla mnie, za dużo czasu zajmuje. Dlatego z nowym rokiem postanowiłam powrócić do comiesięcznych postów denkowych, zobaczymy, co z tego na dłuższą metę przyjdzie. 

Zeszły rok trzeba najpierw zamknąć, więc dziś przed Wami kilka recenzji kosmetyków które w poprzednim miesiącu zużyłam.


Standardowo na początki i najwięcej - żele do kąpieli. Isana Vitamin&Joghurt to bardzo przyjemnie pachnący owocami żel, dobrze się pienił, był w miarę wydajny, nie wysuszył mi skóry i jest tani. Tak samo jak wszystkie żele marki Rossman. The Body Shop Papaya Showe Gel zakupiłam podczas letnich wyprzedaży. Oczywiście kupił mnie zapach - owocowy, ale nie sztuczny. Żel dobrze się pienił i był bardzo wydajny. W cenie promocyjnej mogę go kupić, ale nie w standardowej, bo ta jest zdecydowanie za wysoka.


Niby dwa te same zapachy - jeżyny, ta sama firma - Yves Rocher, a tak naprawdę dwa zupełnie różne produkty. Ten ze stałej oferty (po lewej stronie) miał mało ciekawy zapach, przede wszystkim był sztuczny i sam płyn bardzo wysuszał mi skórę, co go zdecydowanie eliminuje do ponownego zakupu. Natomiast żel ze świątecznej oferty to bardzo słodki owocowy zapach, dużo dużo mniej sztuczny i co ważne nie wysuszał skóry!


Balea Oil Repair Shampoo trafił do mnie całkiem przypadkiem, chciałam odżywkę z tej serii, ale brat mojej kochanej B., który co jakiś czas przywozi nam kosmetyki z DM pomylił się i przywiózł ten produkt. I cieszę się, że tak się stało! Szampon bardzo dobrze oczyszcza włosy, delikatnie je nawilża więc nie potrzebowałam używać po nim odżywek czy masek, jest bardzo wydajny przez to, że świetnie się pieni. Moje włosy zdecydowanie go pokochały.


Balsam do ciała z serii Hipoalergicznej od Pat&Rub kupił mnie swoim zapachem. Jest to chyba jedyna seria, w której nie czuć cytrusów (choć je lubię, to na dłuższą metę są męczące). Niektórzy twierdzą, że zapach jest męski, mi się kojarzy ze świeżością i przede wszystkim z wiosną! Najlepiej i najpiękniej zapach tego kosmetyku opisała Megdil w tym poście (serdecznie polecam Wam lekturę!). Balsam bardzo dobrze nawilża skórę (zaznaczę, że jestem sucharkiem), nie podrażnia skóry nawet takiej, która jest czy po goleniu, czy po jakimś zadrapaniu. Zapach utrzymuje się na skórze długo - smarując się po wieczornej kąpieli jego zapach czułam jeszcze przez pół następnego dnia. Z tej serii mam jeszcze masło do ciała i peeling, mam nadzieję, że moje odczucia będą podobne :) O cukrowym peelingu do ciała od Phenome pisałam całkiem niedawno o tutaj i dotąd nie zmieniłam o nim zdania. Świetnie oczyszcza skórę, delikatnie przy tym ją nawilżając i do tego jest bardzo wydajny!


Mgiełkę Różaną z Pat&Rub na początku używałam tylko do ciała - głównie podczas letnich upałów, świetnie nawilżała skórę oraz dawała uczucie nawilżenia i schłodzenia skóry. Po nastaniu niższych temperatur i po tym jak skończył mi się tonik do twarzy również z P&R postanowiłam mgiełkę używać właśnie w roli toniku. I był to strzał w 10! Na mojej naczynkowej cerze sprawdziła się znakomicie - nawilżała i oczyszczała twarz oraz uspokajała skórę gdy miałam gorące i czerwone policzki. Myślę również, że po tych kilku miesiącach, kiedy ją używałam w ten sposób moje naczynka zdecydowanie się uspokoiły. Zapach różany był niezmiernie delikatny i nieprzeszkadzający. Na pewno jak skończę obecne zapasy toniku do tej mgiełki powrócę. Odżywcza pomadka z peelingiem od Sylveco nie raz uratowała mi usta. Czy to podczas bardzo mocnego wysuszenia, czy spękania ust. Teraz podczas sezonu zimowego zaopatrzyłam się w dwie kolejne sztuki i świetnie chroni przed mrozem i wiatrami. Co prawda konsystencja jest trochę dziwna - na początku peeling jest bardzo delikatny, potem ostrzejszy i znów delikatny, ale to mi w ogóle nie przeszkadza. Pachnie delikatnie migdałami.


O odżywce do paznokci Peggy Sage Express Nail Hardener wspominałam już nie raz właśnie podczas postów denkowych. Zużyłam już ładnych kilka opakowań tego produktu i na pewno wzmocnił moje paznokcie, a także mam wrażenie, że lakier dłużej się trzyma na płytce paznokcia. Oczywiście kolejna butelka jest już w użyciu i muszę uzupełnić swój zapas, bo bez niej nie wyobrażam sobie malowania paznokci. O topie Kwik Kote naczytałam się swego czasu wiele, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Miałam informacje, że jest dostępny w Hebe, ale jak na złość zlikwidowali wtedy w jedynej tej drogerii we Wrocławiu ich szafę. Stwierdziłam wtedy, że chyba nie jest nam pisana wspólna przyszłość. Na szczęście Hebe otworzyło drugą drogerię i tam całkiem przypadkiem natrafiłam akurat na ostatnią butelkę tego topu. I zdecydowanie była to miłość od pierwszego pomalowania. Działa tak, jak powinien działać wysuszacz i dodatkowo mam wrażenie, że przedłuża trwałość mani. Trafił do moich ulubieńców w tej kwestii, zaraz obok Essie Good To Go, a jest zdecydowanie tańszy.


O złuszczających maskach do stóp w zeszłym roku było całkiem głośno w blogosferze. Chciałam oczywiście wypróbować na swojej skórze (stopach) ten produkt, ale ciągle nie mogłam znaleźć stacjonarnie, a zamawiać specjalnie nie chciałam. W listopadzie zakupiłam w drogerii Natura dwie takie maski z dwóch różnych firm. Użyłam na razie jednej z firmy L'biotica. Siedziałam w tych za dużych skarpetkach przepisowe 90 minut, po czym miałam bardzo przyjemnie nawilżone stopy. Przez prawie tydzień nic się nie działo, aż nagle zauważyłam delikatne schodzenie skóry z pięt i palców. Reszta była nietknięta. Dopiero po użyciu kremu do stóp w duecie z bawełnianymi skarpetkami coś się ruszyło. Powiem szczerze, że oczekiwałam efektu wow, natomiast w efekcie końcowym wygładziły mi się tylko pięty, palce delikatnie, a spód stopy niewiele się zmienił. Macie jakichś swoich ulubieńców w tym temacie?

Dajcie znać, czy znacie któreś ze zużytych przeze mnie pustaków i co o nich myślicie!

Nowości

Za ten post zbierałam się długi czas. Nie żebym gromadziła, ale postarałam się zebrać większą ilość kosmetyków, które w przeciągu czerwca i lipca (a może też i w maju) zasiliły moją kosmetyczkę. Będą to głównie kosmetyki pielęgnacyjne, ale i również trochę kolorówki i pędzle. Nie, lakierów nie będzie. Przestałam je już ogarniać :D

Skusiłam się na promocję na stronie Pat&Rub na serię hipoalergiczną, którą chciałam przetestować, głównie pod kątem mazideł do ciała (tak, wchodzę na dobrą drogę i mam zamiar regularnie się smarować!), zapach uwielbiam. Zbiory zasiliło masło i balsam do ciała oraz balsam do rąk.


W tej samej paczce przyszedł peeling do ciała, masło do ciała i peeling do rąk z serii Home Spa. Jako niespodziewany gratis otrzymałam książkę Życie zaczyna się po 40-stce, dzięki czemu sklep bardzo mnie zaskoczył.


Trochę wcześniej udało mi się załapać na promocję -50% na maskę regenerującą do włosów, na którą miałam chrapkę dzięki naczelnej kusicielce :D Żeby nie było nudno w paczce, dorzuciłam różaną mgiełkę do twarzy i ciała, która jest świetna!


Szaleństwo z Phenome :D Firmę uwielbiam za filozofię i do tej pory każdy kosmetyk, który miałam spisuje się świetnie! W Douglasie udało mi się dorwać promocję -30% z racji wycofywania produktów tej marki ze sklepów Douglas'a. Zakupiłam długo poszukiwany przeze mnie peeling enzymatyczny, maskę regenerującą do włosów, drugą już tubkę pumeksu do stóp, krem na dzień i drugi słoiczek rewelacyjnego kremu nawilżającego. Rzekłabym, że jeśli chodzi o tą markę jestem spełniona, ale... jutro od godziny 20 do północy jest promocja -25% i dołożyli w końcu (!!) maskę oczyszczającą do włosów, także same wiecie... :D


Do The Body Shop zachodzę rzadko, głównie dlatego, że jest mi tam zupełnie nie po drodze. Jak już zajdę, to kupuję moją ulubioną bananową serię do włosów. Tym razem zaszłam tam podwójnie - po trzy żele do kąpieli. Capnęłam wersję brzoskwiniową, migdałową i o zapachu papai.


Zakupy we wrocławskim salonie MAC w Magnolii miały dotyczyć tylko i wyłącznie obejrzenia (!!!) różów Melba i Tenderling. Ale tak to jest, jak puści się babę, czyli mnie, samą i niekontrolowaną, to ze sklepu wyszłam z oboma różami i z blotem w kolorze medium :P


Flawless Silk z Lily Lolo to już moje trzecie opakowanie tego pudru, uwielbiam go za wszystko! A w nowym opakowaniu zdecydowanie bardziej mi się podoba.


Na Daily Microfoilant z Dermalogica czaiłam się od dłuższego czasu, dostałam próbkę od kochanej kusicielki Megdil i od razu zapragnęłam go mieć, ale czekałam na odpowiednią promocję. Czekałam dłużej niż powinnam, bo nie mieli produktu na stanie, ale udało się! Więcej będzie w recenzji, ten produkt zdecydowanie na to zasługuje ;) Woda termalna Uriage to ostatnio hit blogosfery, udało mi się go dostać za grosze i rewelacyjnie spisuje się w te okropne upały. Nic tylko się psikać! ;]


Z racji tego, że zakupiłam nowe róże, musiałam się również zaopatrzyć w nowe, dodatkowe pędzle do różu (każdy argument jest dobry!). W Minti Shop zakupiłam dwa pędzle Zoeva 127 Luxe Sheer Cheek i 128 Cream Cheek, a także skusiłam się na pędzel Expert Face Brush z Real Techniques (zgadnijcie dzięki komu :D). Do tego dorzuciłam kilka gumek Invisiboobles, które uwielbiam. Nie wyobrażam sobie już powrotu do normalnych gumek.


No i na koniec próbki: zamówiłam sobie ich trochę z John Masters Organics (m.in. odżywki, maski do włosów, tak samo szampony, ale i również kremy, czy żele do twarzy), próbki LPM oraz Make Me Bio dostałam od kochanej Sylwi :)


I to by było na tyle :) Dajcie znać, czy coś z moich (nie)skromnych nowości miałyście, albo czymś Was skusiłam ;)

Listopadowo-grudniowe denko...

... czyli zeszłoroczne zużycia, których trochę było. Miałam robić takie posty co miesiąc, ale w listopadzie wyszło na to, że zużyłam niewiele. A w grudniu poszalałam.


Original Source - Mandarin&Basil oraz Raspberry&Cocoa. Żele z nowej serii firmy. Tak jak inne wersje zapachowe, dobrze się pienią, nie wysuszają skóry i ładnie pachną. Jak dla mnie to najważniejsze cechy płynów/żeli do kąpieli.
Yves Rocher - Cacao&Raspberry (Cacao Collection) - świąteczna edycja limitowana. Pomimo zbieżności nazwy z żelem OS, ten mnie tak nie zachwycił. W butelce pachnie obłędnie, jak delicje malinowe, ale już w wannie cały zapach się ulatnia. Pozostałe wersje zapachowe mają tak samo, ale o tym pewnie będzie przy następnym denku. Pienił się dobrze i nie wysuszał.
Balea - Cocos&Nectarine - żele Balea uwielbiam i to one w zeszłym roku królowały w mojej łazience, co świadczy o tym, że są dobre. Ten był ostatni z dość sporych zapasów. Jeżeli się wszystko uda, to być może będę miała nowy, mały zapas (B.?? ;). 
The Body Shop - Spiced Pumpkin - ostatnia z mojego zapasu butelka edycji limitowanej. Zapach uwielbiam i dość mocno go oszczędzałam. Świetnie się pienił, nie wysuszał skóry, ale najważniejszy był w nim ten zapach. Mocno żałuję, że więcej butelek już nie mam.

Isana - Haarkur Intensiv-Pflege (Preparat do intensywnej pielęgnacji włosów z wysokoodżywczą proteiną z pszenicy i pantenolem) - 2 minutowa odżywka, która miała za zadanie nawilżyć i wzmocnić włosy, nadając im niezwykły połysk. Jeśli chodzi o nawilżenie - było natychmiastowe, ale nie długotrwałe. Wzmocnienia i połysku szczególnie nie zauważyłam, zwłaszcza, że odżywka przetłuszczała mi włosy.
Garnier - Odżywka ochronna z olejem arganowym i żurawiną - najlepsza odżywka jaką miałam okazję ostatnio używać. Świetnie nawilżała włosy, były błyszczące i miękkie w dotyku, świetnie się je rozczesywały, a na dodatek nie przetłuściła mi włosów. Na pewno zakupię kolejne opakowanie!
Balea - szampony: malinowy (mój ulubiony, niestety to była ostatnia butla), mango z aloesem i figa (z perłą?) - szampony Balea, tak samo jak żele tej firmy na stałe zagościły już w mojej łazience. Rzadko kiedy można u mnie spotkać szampon innej firmy, mam nawet dość spory zapas różnych wersji szamponów na przynajmniej 6 miesięcy. Uwielbiam je za zapach, wydajność (naprawdę, niewielka ilość jest potrzebna, aby wytworzyć pianę), nie zawierają silikonów i świetnie oczyszczają moje włosy, nie plącząc ich. Zapachy utrzymują się delikatnie i dość krótko na włosach.
Stara Mydlarnia - Raspberry Body Scrub - mega wydajny, dobrze ścierający peeling. Więcej w recenzji tutaj.
Veroni - Milky Sugar-Oil Scrub Green Banana - czyli świetny peeling o zapachu moich ulubionych zielonych bananów. Pisałam o nim całkiem niedawno o tutaj.

Flos-Lek - Arnica, Płyn Micelarny do demakijażu skóry naczynkowej - produkt, który otrzymałam w ramach HexxBox'a, na razie nic o nim nie napiszę, więcej w recenzji, która będzie niebawem.
Baikal Herbals - kremy na dzień i na noc - okropne przeokropne rozczarowanie. Spodziewałam się nawilżenia i ukojenia skóry, a dostałam podrażnienia. Zużyłam na łokcie i kolana. Mocno zraziłam się do produktów tej firmy.
Biały Jeleń - Hipoalergiczny żel do higieny intymnej z aloesem - świetny żel kosztujący dosłownie parę złotych ze świetną wydajnością i rewelacyjną delikatnością. Używałam do wiadomego celu, ani razu mnie nie podrażnił, świetnie regenerował drobne podrażnienia.  W użyciu jest już kolejna butla.
Oriflame - Hand Treatment Mask - nakładałam ją głównie na noc, bez rękawiczek - nie robiła nic, z rękawiczkami - było średnio. Mało wydajna, więcej do niej nie powrócę.
Balea - Hand Balsam - szybkowchłaniający się krem do rąk. Używałam go głównie w pracy, gdzie nie mam czasu na czekanie, aż krem wchłonie i od razu piszę na klawiaturze. Świetnie się wchłaniał, nie pozostawiał lepkiej warstwy, był wydajny i nawilżał dłonie, zapach był lekko ziołowy, ale to się da przeżyć.

Essence - Nail Polish Remover - zdradziłam z tym zmywaczem swój dotychczasowy hit - zmywacz z Sensique i nie żałuję. W miarę przyjenie pachniał kokosem i papają, świetnie usuwał lakier nie wysuszając przy okazji skórek. Druga butelka mi się już kończy i żałuję, że nie zrobiłam większego zapasu w Douglasie, jak był za grosze.
Sally Hansem - Insta-Dri - top coat, wysuszacz do paznokci. Lubiłam go i więcej nie napiszę, bo zbieram się do większej recenzji zbiorczej różnych top coat'ów :)
Nivea - Energy Fresh - kolejna już zużyta zielona kulka, często do niej wracam, a to o czymś świadczy.
EOS - balsam do ust. Chciałabym napisać coś na jej temat... ale poza tym, że świetnie służyła kotom za zabawkę, to nic nie jestem w stanie napisać odnośnie samych właściwości działających. Dlaczego? A to dlatego, że powinniście spytać moje dwie kotki jakim cudem udało im się odkręcić opakowanie, więcej już chyba dodawać nie muszę? :)
The Body Shop - Body Butter Duo Beurre Corporel - z balsamami do ciała to jest u mnie długa historia, bo długo leżą, a ja mam lenia jeśli chodzi o ich używanie. Tak samo było z tym gagatkiem. Bardziej treściwą połówkę używałam do łokci i na łydki, niej treściwą na resztę ciała. Szału na mnie nie zrobił, nie wart jest swojej wyjściowej ceny (uff, kupiłam go w promocji).

D jak duże denko

Nie samymi zakupami człowiek żyje, na dowód tego mam całą masę pustych opakowań. Z jednego miesiąca to było za mało, z drugiego było ok, ale nie miałam gdzie wyrzucić pustych opakowań (niech żyje nieudolna segregacja śmieci, czyli brak wywożenia i brak pojemników!), a jak już mam gdzie i do czego wyrzucać to i minął 3 miesiąc. Więc denko będzie spore, ale za to jaki luz w szufladach się zrobił :] Przed Wami post tasiemiec.


Szampony Balea to jedyne, które w tej chwili używam. Wersję jagodową uwielbiam za zapach, wersja rozmaryn+melisa za świetne oczyszczanie włosów.



Płyny do kąpieli Balea pojawiają się u mnie bardzo często. Są tanie, świetnie się pienią i nie wysuszają mojej skóry. Dodatkowo pachną cudnie (co dziwne szampon i płyn do kąpania jagodowe pachną zupełnie inaczej;). W przeciągu 3 miesięcy zużyłam 6 wersji zapachowych i niestety ubolewam, że został mi ostatni, a większych zapasów na razie nie planuję.


Kolejne kąpiele z Balea. Tym razem miałam olejek jabłkowy, bardo delikatny, nie wysuszał skóry, ale nie nawilżył jej bardziej niż powyżej opisane płyny. 
Lotion od Balea był konsystencji balsamu do ciała, trochę ciężko go było wyciskać pod koniec z tubki. Zapach jakoś szczególnie mnie nie powalił, a samo działanie było dla mnie neutralne, szału nie zrobił. Płyn od Oriflame pszenica i kokos to była jakaś pomyłka, która wogóle nie pachniała, wysuszała skórę i była bardzo niewydajna.


Kąpiel solankowo-bromową o zapachu bzu od Joanny uwielbiam. Pachnie bzem, który uwielbiam, a pachnie też bardzo naturalnie. Płyn jest baaardzo wydajny, tworzy świetną pianę i nie wysusza skóry. Kosztuje grosze, więc jeszcze nie raz się w niego zaopatrzę.


Kremowy peeling myjący od Farmony o zapachu liczi i rambutanu (cokolwiek by to nie było) rozczarował mnie dużą ilością drobinek, która nic nie robiła. Tarłam i tarłam nim po ciele, a nie widziałam rezultatów. 
Produkt od Starej Mydlarni baaardzo mnie kusił i tak samo baaardzo mnie rozczarował. Samo działanie w sobie było ok - pianka z peelingiem, niby drobnym, ale fajnie ścierał, dobrze się pienił. Ale nie wybaczę mu jednej rzeczy - tak okropnie śmierdział mydłem podczas używania, że nie mogłam tego wytrzymać. Zapachu mydła nie lubię, a w tym przypadku było go za dużo i zużyłam go w tempie ekspresowym.
Peeling antycellulitowy od Lirene uwielbiam za działanie. Fajnie ściera martwy naskórek, skórę mam po nim gładką. Ale z tym egzemplarzem miałam niemały problem - trafił się duży kawałek peelingu, który skutecznie uniemożliwiał wydobycie produktu z opakowania. Namęczyłam się z nim, co nie miara, ale udało się dobić do końca.


Peelingi do stóp z Avon i Oriflame używałam często w sierpniu i to głównie z tego miesiąca pochodzą. Obaj delikwenci przeleżeli w mojej szufladzie spory okres czasu, ale miło było ich używać. W obu przypadkach drobinki były małe, ale skutecznie oczyszczały stopy, pachniały delikatnie i były bardo wydajne pomimo małej pojemności.


Udało mi się w końcu powykańczać sporą ilość napoczętych kremów do rąk. Krem z Oriflame, jak widać po nazwie był z edycji świątecznej, ale ze świątecznym zapachem nie miał nic wspólnego. Produkt był bardzo lejący, wchłaniał się bardzo szybko, ale nie dawał uczucia nawilżenia skóry.
Krem od Orly - Pucker recenzowałam już tutaj. Nie zmieniłam o nim zdania i bardzo go polubiłam.


Kremy do rąk od The Body Shop bardzo się od siebie różniły. Po pierwsze zapachem - gagatek z lewej strony pachniał bardzo delikatnie, używałam go w pracy i wchłaniał się migusiem, ale pozostawiał uczucie nawilżonych rąk, bardzo wydajny. Gagatek po prawej stronie pochodził z zestawu kremów z edycji świątecznej, zapach wanilii był bardzo męczący, wręcz mdlący i ciężko mi się go używało.


Krem do rąk z Alverde to była przyjemna miniaturka. Zapach specyficzny, ale można się przyzwyczaić. Nawilżał bardzo przyjemnie, a pomimo małej tubki był bardzo wydajny.
Zmywacze do paznokci idą u mnie jak woda. Ten z Sally Hansen kupiłam po raz pierwszy podczas promocji w jakiejś drogerii. Był baardzo wydajny, nie wysuszał skórek i paznokci. Chętnie kupię go ponownie, ale tylko w promocji, bez niej się po prostu nie opłaca.


Zielona kulka z Vichy to produkt kultowy, goszczący w mojej kosmetyczce regularnie. Pisałam o nim nie raz i zdania nie zmieniłam, jest świetny.
Kulka z Nivea mnie nie powaliła. Używałam jej niemiłosiernie długo i szkoda, że działania nie ma takiego, jak ta sama nazwa w wersji męskiej.


O piance z Baikal Herbals mogliście przeczytać tutaj. Produkt jest tak bardzo wydajny, że już pod sam koniec zaczął mnie męczyć, ale zdania o nim nie zmieniłam.
Jakiś czas temu podjęłam się zadania zdenkowania wszystkich zapachów, które mam w domu, a mam ich baaardzo dużo (i jeszcze więcej ostatnio znalazłam :/). Na pierwszy ogień poszedł zapach jeżynowy z FM. Był baardzo słodki, ale bardzo go lubiłam. To była moja druga butla i na razie więcej nie będę go kupowała. A kosztował grosze.


Dwa płyny micelarne z Biodermy, które bardzo lubię, ale więcej nic nie powiem, bo piszę ciągle recenzję porównawczą 3 różnych wersji :)


W końcu wykończyłam! Lily Lolo - Mineral Finishing Powder, Flawless Silk. Nie cieszę się dlatego, że go nie lubiłam, bo lubię go baardzo, ale cieszę się dlatego, że starczył mi na tak długo. Postaram się niedługo napisać o nim więcej.
Pomadka z Alverde to mój ulubieniec, zwłaszcza w wersji mandarynkowej. Co prawda ten egzemplarz był jakiś zły, bo pomadka była bardzo tempa i bardzo szybko się złamał sztyft, ale przy wcześniejszych tego nie miałam. Zaopatrzyłam się w mały zapas, bo doszły mnie słuchy, że mają ją wycofać ze sprzedaży.


Na koniec wyrzucam produkty, których nie używam od bardzo dawna, więc obawiam się, że mogą być już zepsute. Są to praktycznie same pomadki i błyszczyki do ust oraz korektor.

I na koniec przypominam Wam o wyprzedaży w odpowiedniej zakładce ;)

Czerwcowe denkowanie

Miałam zrobić połączone denkowanie z czerwca i z lipca, ale po pierwsze torba z pustymi opakowaniami wala mi się po podłodze, po drugie koty czegoś tam ciągle szukają, po trzecie - chętnie wszystko już wyrzucę i zrobię miejsce na nowe denka ;)



Plaster na nos Revitale, moje pierwsze spotkanie z tym produktem. Wypowiem się bardziej jak jeszcze poużywam :)
Perfecta - Serum intensywnie regenerujące. Dostałam je w swoim pierwszym blogboxie, musiało trochę poleżeć żebym je w końcu użyła :) Pachnie bardzo cytrusowo, jedna saszetka starczyła mi na 2 razy. Skóra jest bardzo gładka i miękka, ale... świecę się niemiłosiernie nawet na następny dzień! Nigdy nie miałam problemów ze świeceniem, aż tu taka niespodzianka.
Perfecta - SPA domowy manicure - szafirowy peeling do rąk i maska-serum do rąk. Peeling dla mnie za słaby, ale w miarę dobrze ściera. Maska wchłania się szybko, ale pozostawia lekką lepkość dłoni. Plus za intensywny zapach!
Perfecta - SPA domowy pedicure - wulkaniczny peeling do stóp i maska-serum do stóp. Tutaj również peeling za słaby i trochę go mało. Maska bardzo fajnie nawilża stopy.


The Body Shop - żurawinowy krem do rąk ze świątecznej edycji (kupiłam go w zestawie z moim ukochanym imbirowym kremem). Nawilża tak, jak jego poprzednik, ale zapach mnie nie powalił. Nie pachnie on ani żurawiną, ani niczym fajnym. Błyskawicznie się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.



Mistrz świata wśród peeelingów! Lirene - Stop cellulit. Kupiłam całkiem przez przypadek i już zawsze będzie w mojej łazience. Na dłuższą recenzję poczekajcie aż skończę drugą tubę, czyli już niebawem :)



Tutti Frutti - peeling do ciała. Uwiódł mnie w sklepie jego zapach, który po dłuższym czasie był zbyt męczący, a wręcz odrzucający. Za słaby ździerak (kocham te mocne!), co prawda zostawiał skórę nawilżoną, ale nie powalił mnie. Duży minus za opakowanie, które pękło na górze i musiałam się nieźle gimnastykować żeby cokolwiek wycisnąć, bo normalnie nie chciał się wydostać z tubki. Na pewno więcej nie kupię.



Flos Lek - żel do powiek i pod oczy. Bardzo fajny, chłodzący żel. Wolę formę tubkową, bo tutaj mam ciągle mocno upaćkane paluchy no i mało to higieniczne.


Alterra - szampon regenerujący macadamia i figa. O ile używałam już szampony z Alterry, o tyle tylko ten mnie tak irytował. Zużyłam go na spółkę z mym mężem i używałam go podczas kąpieli po siłowni/basenie. Nie będę nawet robiła osobnej recenzji.



Yves Rocher - płyn do kąpieli z bawełną. Zwykły średniak. Dobrze się pieni, nie wysusza, mało wydajny i nie pachnie, a ja kocham pachnące żele pod prysznic. Mam jego kilku braci, mam nadzieję, że będą lepsi.


Krem do rąk z pierwszego blogboxa. Bardzo przyjemny, dobrze nawilża, nie pachnie i szybko się wchłania. Mój kot lubił go zlizywać z rąk po posmarowaniu :)



AA - antyperspirant do skóry wrażliwej. Całkiem dobra kulka, co prawda nie powaliła mnie na kolana, więc na pewno nie kupię ponownie.




I kolejny krem do rąk i kolejny z TBS. Pisałam o nim już w przypadku majowego denka. To jest drugie opakowanie, bardzo go lubię i na prawdę w końcu się zlituję nad jego recenzją :D


To by było wszystko z denkowania. Trochę tego wyszło, trochę też kupiłam. Ale na plus chyba nie wyszłam :)


PS: Jestem załamana faktem, iż TBS wycofał ze sprzedaży/nie będzie produkował mojego ulubionego szamponu bananowego! Obleciałam dwa TBSy we Wrocławiu, w każdym tylko odżywki, które mam. Szampon znalazłam na Allegro za horrendalną cenę, ale kupiłam, bo co miałam począć jak już mam końcówkę, a moje włosy kochają ten szampon?


PS 2: Skończyłam pisać magisterkę, oddałam do dziekanatu, wysłałam do recenzenta i promotora i teraz nic tylko czekać na obronę i koniec studiów! :]

Majowe zużycia

Dawno nie robiłam takiego postu, z prostego powodu - moja mama wyrzuca wszystko, co puste. Minus mieszkania z rodzicami (ale już niedługo!). Na szczęście byli teraz na urlopie i w ciągu 2 tygodni udało mi się zachomikować kilka pustych opakowań.




Dwa zmywacze do paznokci Sensique. Po lewej o zapachu kiwi - do paznokci naturalnych z gliceryną i lanoliną, po prawej o zapachu truskawki  - bezacetonowy z aloesem i prowitaminą B5. Dobrze zmywają, do tego nie śmierdzą acetonem, wręcz pachną. Z tych dwóch moim ulubieńcem jest ten z kiwi - pachnie delikatniej niż truskawka. Są bardzo wydajne i kosztują kilka złotych. Nie wysuszają skórek i są delikatne nawet jak mam pokaleczone skórki. W tej chwili mam w użyciu dwie butle o zapachu arbuza.




Żel pod prysznic Luksja Active Vitamins. Kupiłam go w promocji w Rossmanie za ok. 8-9 zł. Pachnie bardzo orzeźwiająco i słodko jednocześnie. Baaaardzo wydajny (butla ma 500 ml) i baaaardzo dobrze się pieni. Dodatkowy plus za niewysuszanie skóry.




Wygładzający scrub cukrowy Milk&Honey z Oriflame. Dostałam go od babci, która jest zatwardziałą fanką kosmetyków Oriflame (dodatkowo jest konsultantką), leżał bardzo długo w szafce, aż w końcu doczekał się zużycia. Ale tylko i wyłącznie dlatego, że poprzedni zdzierak się skończył. Pachnie fatalnie (mdli mnie jak go wącham), ścieranie ma średnie (a ja kocham porządne zdzieraki), mało wydajny. 






Nivea - wygładzająco odżywczy krem do rąk. Pisałam o nim tutaj, swojego czasu był moim ulubionym kremem do rąk, ale jego wydajność zabiła mnie i znudziła. Wydawał mi się pod sam koniec używania za ciężki. Mam jeszcze gdzieś jedną tubkę, zalega pewnie w którejś z torebek, zużyję, ale raczej na jesień/zimę - jest za tłusty. 



Jak już jesteśmy w temacie kremów do rąk - krem z The Body Shop. Kupiłam go w promocji dając puste opakowanie po jakimkolwiek kosmetyku i dostałam zniżkę 22%. Kupiłam kilka kremów z tej serii. Ten był typem torebkowym, używanym w pracy. Pełna recenzja będzie jak zużyję typ domowy, który już dogorywa :)




Niedawno pisałam tutaj o bananowym duecie. Odżywka się w końcu skończyła, szampon skończył się wcześniej i został wymieniony na 22% rabat, o którym pisałam w przypadku kremu do rąk TBS.




Krem do twarzy La Roche-Posay - Toleriane Ultra. W zeszłe wakacje potrzebowałam pilnie kremu do twarzy do skóry wrażliwej, przeczytałam o nim w jakiejś babskiej gazecie, poleciałam do apteki i kupiłam. Trochę za niego zapłaciłam (ok. 50-60 zł), ale nie żałuję. Co prawda był tłusty na dzień, ale był rewelacyjny na noc. Po jego wieczornym użyciu zawsze czułam bardzo gładką skórę. Krem jest bardzo wydajny, ma wygodną pompkę, wystarczyło raz nacisnąć, aby uzyskać odpowiednią ilość kremu. Niestety nie było widać zużycia, więc zaskoczeniem dla mnie było to, że się skończył. Na pewno kupię kolejne opakowanie, ale dopiero jak zużyję inne kremy do twarzy.


Było jeszcze kilka zużyć, które na zdjęcia się nie załapały, m.in. z powodu mamy, która lubi wyrzucać puste opakowania :) i z powodu promocji 22% rabatu w TBS (skorzystałam z niego kilkukrotnie). A były to: peeling gruboziarnisty Joanna, tak okropnie śmierdział chemią, że źle mi się go używało (wersja malinowa). Kolejny był tonik do twarzy z Pharmaceris, o którym pisałam tutaj oraz dezodorant w kulce Nivea, o którym lepiej nie wspominać :)


A Wam jak poszły zużycia?
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me