Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lirene. Pokaż wszystkie posty

Pustaki, czyli zużycia maja

Maj wyglądał początkowo na miesiąc posuchy, jeśli chodzi o zużyte kosmetyki. I tak naprawdę dopiero przed samym końcem miesiąca coś się ruszyło i wyszło całkiem sporo produktów. A to oznacza jeszcze większy luz w szufladach z zapasami kosmetycznymi ;)


Żele Balea - wersja waniliowo-kokosowa i wiśniowa. Tych żeli naprawdę nie może zabraknąć i w moich denkach i napisałam już o nich chyba wszystko. 
Żel z oliwką z Lirene to też stały gość w mojej łazience. Uwielbiam zapach i działanie - delikatnie nawilża skórę.


Rzadko kiedy pokazuję puste opakowania po mydłach do rąk, ale to nektarynkowe cudo od Balea zdecydowanie na to zasługuje! Po pierwsze nie wysusza skóry, a po drugie bosko pachnie i jest wydajny. Jak tylko gdzieś znajdziecie, to serdecznie polecam. Naprawdę, musiałam siłą woli się powstrzymywać przed zjedzeniem (a wierzcie mi, kocham nektarynki).
Zmywacz z Essence gości u mnie często, w różnych wersjach zapachowych. Robi to, co ma robić, czyli zmywa lakier i nie wysusza paznokci, ani skórek.


Peelingi z Rituals poznałam dzięki naczelnej kusicielce Megdil, oczywiście po przetestowaniu wersji Himalaya, zapragnęłam innych i udało mi się parę miesięcy temu dorwać trzy różne wersje w czeluściach internetów. Zużyta przeze mnie wersja to Warming Ginger & Fresh Eucalyptus. Zdecydowanie najlepszy jest na suchą skórę, dzięki temu dłużej na niej pozostaje. Właściwości rozgrzewających nie zauważyłam, ale mocny mentolowy zapach dawał powera podczas kąpieli. 
Hipoalergiczna seria Pat&Rub jest chyba moją ulubioną jeśli chodzi o kosmetyki tej firmy. Pomimo dość częstego w ostatnim czasie kontaktu z tym zapachem, wcale mi się nie nudzi. Masło również mi się nie znudziło. Jest mega wydajne, świetnie nawilża skórę.


Markę Phenome poznaję od ponad roku (wiadomo przez kogo!). To, co łączy wszystkie ich kosmetyki, poza naturalnymi składnikami, to wydajność! Cukrowy peeling do dłoni In-A-Minute oraz krem do rąk Anti-Aging pochodzą z tej samej, cukrowej serii, którą uwielbiam i za zapach i za działanie. Ten pierwszy świetnie oczyszcza skórę podczas całego procesu pielęgnacji dłoni, a krem nawilża i nie pozostawia lepkiej warstwy. Chętnie do nich powrócę, jak tylko wykończę tą niekończącą się ilość kremów w mojej szufladzie.


Tonik z Pat&Rub to już moje które, 3 czy 4 opakowanie? Jeśli chodzi o moje zdanie, to nic się w tej kwestii nie zmieniło, świetnie odświeża i oczyszcza skórę. No i jest niesamowicie wydajny, a moja skóra go uwielbia. 
Próbki - uwielbiam i nienawidzę jednocześnie. Uwielbiam - bo mogę przetestować mnóstwo nowych kosmetyków. Nienawidzę - bo większość z nich chcę kupić :D Głównie dotyczy to w tym przypadku próbki kremu do twarzy z Clarins - Daily Energizer Cream, która starczyła mi na jakieś 3-4 użycia. Nie dość, że krem cudownie pachnie, to moja skóra pokochała go od pierwszego użycia. 
Ubiegły miesiąc to była moja pierwsza przygoda z kosmetykami Lulu & Boo, miałam przyjemność używać dwóch kremów do twarzy - Almond & Rosehip Face Cream i Multi-Vitamin Face Cream. Powiem tak, w działaniu były świetne, próbki starczyły mi na wiele użyć, ale te zapachy... Mdlące i drażniące mój nos, niestety również bardzo długo utrzymywały się na skórze, co niestety, pomimo świetnego działania, dyskryminuje je w moich oczach i pełnowymiarowych opakowań na pewno nie kupię. Inaczej jest z Vanilla Sugar Body Scrub, który pachnie przepięknie i w użyciu (tyle ile mogę powiedzieć po tak małej próbce) jest bardzo przyjemny.

New in

Dawno nie było nowości :D Żeby nie było, że tylko gromadzę, to też zużywam. Świadczy o tym torba, z której puste opakowania się wysypują, a mi się nie chce robić zdjęć :P Ale wracając do tematu dzisiejszego posta - nowości, które Wam pokażę są z około miesiąca i na chwilę obecną nie planuję kolejnych większych zakupów :)


Dość szybko zapałałam miłością do kosmetyków Phenome - i tych do ciała, i tych do pielęgnacji twarzy. Dlatego też po niecałym miesiącu od pierwszych zakupów z tej firmy, postawiłam na kolejne: In-A-Minute manicure scrub, Non-Drying cleansing foam oraz Luscious hydratin cream.


Można już u mnie zaobserwować przejście na pielęgnację twarzy praktycznie w 100% naturalną. Moja cera jest mi za to wdzięczna, a głównie dzięki Tonikowi z Pat&Rub, który mam od niedawna, ale nie wyobrażam już sobie bez niego życia, dlatego skorzystałam z promocji i zrobiłam sobie jego mały zapas. BBB również spod szyldu Pat&Rub stał się już moim ulubieńcem - najpierw zamówiłam jego próbkę i pokochałam go od pierwszego użycia, więc pełnowymiarowe opakowanie było tylko kwestią czasu. A Bogaty balsam do dłoni  zakupiłam również dzięki próbce - ratuje moje ostatnio bardzo wysuszone dłonie i łagodzi wszelkie podrażnienia.


Balsam do ust z Avene, Cold Cream poleciła mi pani podczas zakupów w Super-Pharm, a przeszłam się tam po osławiony balsam do ust z Nuxe, które akurat wtedy nie było. Ponoć działa lepiej. Porównam jak dorwę Nuxe :) Peeling enzymatyczny z Organique bardzo długo wisiał na mojej liście i w końcu, dzięki kuponom zniżkowym z magazynu Joy udało mi się go nabyć taniej o 20%. Użyłam go już kilka razy i zdecydowanie mogę powiedzieć, że jego zakup to był strzał w 10! Vichy Capital Soleil SPF 30 to matujący krem do twarzy w formie emulsji, który wchłania się błyskawicznie i mam nadzieję, że równie dobrze będzie chronił skórę mojej twarzy przed promieniami słonecznymi. Pędzel Stippling Brush z Real Techniques ma mi zastąpić pędzel do podkładu z Hakuro (który nagle po 3 latach zaczął gubić włosie), gdyby był miększy to byłby zdecydowanym ideałem :)


Krem do rąk Anida to już moje drugie opakowanie, kosztuje dosłownie grosze, a działa całkiem dobrze. Top Kwik Kote z Kinetics'a to produkt, na który bardzo długo się czaiłam. Jak go chciałam to w jedynym wtedy jeszcze Hebe we Wrocławiu zlikwidowano szafę, dopiero jak otworzyli drugie Hebe to go dorwałam, czekała na mnie ostatnia sztuka i to jeszcze w promocji! :) Peggy Sage Express nail hardener to moja ulubiona odżywka do paznokci, butelkę zakupiłam na zapas, bo była wyprzedawana w Douglasie. No i na koniec top Essie Good To Go, któremu daję ostatnią szansę, bo poprzednia butelka to był jakiś niewypał. Ta ma białą nakrętkę, a poprzednia srebrną - czytałam, że ma to jakieś znaczenie, chętnie się o tym przekonam.


Nowości od Revlon - seria pachnących lakierów do paznokci. Od Lewej: Ginger Melon, Lime Basil (który pokazywałam kilka dni temu tutaj), Pink Pineapple i African Tea Rose (który niebawem Wam pokażę). Część kupiłam w Hebe, a część w Douglasie.


Bez nowych lakierów Essie nie byłoby zakupów :D W moje łapki wpadły: Madison Ave-Hue, Lilacism, Mesmerized, Bond With Whomever, Van d'Go, Rock The Boat oraz The Girls Are Out. Mój essieholizm się mocno rozrasta :D


Lakiery Paese pokazywałam Wam niedawno, zakupiłam je w ramach lakierowego Paese Box'a, a pokazywałam je tutaj.


Żele pod prysznic Le Petit Marseillais o zapachu Białej Brzoskwini i Nektarynki (mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o zapach!) oraz Mandarynki i Limonki, o których ostatnio było w blogosferze - sprawdzę, o co tyle szumu :)


Żele Balea o nie wiem jakich zapachach, bo jeszcze nie wąchałam :P Ale nigdy mnie jeszcze nie zawiodły, na zdjęciu powyżej widać 2 żele z edycji limitowanej, jak dobrze pamiętam zeszłorocznej. Żel z oliwką od Lirene jest świetny, to już jest moje kolejne opakowanie tego produktu i uwielbiam go i za zapach i za działanie.


I jeszcze więcej żeli Balea :D Nowości z serii limitowanej wiosennej (letniej?): Melon Tango, Mango Mambo i wersja truskawkowa.


No  na sam koniec nowość od Organique - balsamy do ust: Orange Sorbet i Cherry Candies, które zakupiłam podczas promocji 2 w cenie 1, ależ się naczekałam i naszukałam tego duetu, bo w 3 sklepach, w których byłam to ich ciągle nie było :) Balsamy już bardzo polubiłam, świetnie nawilżają usta.

D jak duże denko

Nie samymi zakupami człowiek żyje, na dowód tego mam całą masę pustych opakowań. Z jednego miesiąca to było za mało, z drugiego było ok, ale nie miałam gdzie wyrzucić pustych opakowań (niech żyje nieudolna segregacja śmieci, czyli brak wywożenia i brak pojemników!), a jak już mam gdzie i do czego wyrzucać to i minął 3 miesiąc. Więc denko będzie spore, ale za to jaki luz w szufladach się zrobił :] Przed Wami post tasiemiec.


Szampony Balea to jedyne, które w tej chwili używam. Wersję jagodową uwielbiam za zapach, wersja rozmaryn+melisa za świetne oczyszczanie włosów.



Płyny do kąpieli Balea pojawiają się u mnie bardzo często. Są tanie, świetnie się pienią i nie wysuszają mojej skóry. Dodatkowo pachną cudnie (co dziwne szampon i płyn do kąpania jagodowe pachną zupełnie inaczej;). W przeciągu 3 miesięcy zużyłam 6 wersji zapachowych i niestety ubolewam, że został mi ostatni, a większych zapasów na razie nie planuję.


Kolejne kąpiele z Balea. Tym razem miałam olejek jabłkowy, bardo delikatny, nie wysuszał skóry, ale nie nawilżył jej bardziej niż powyżej opisane płyny. 
Lotion od Balea był konsystencji balsamu do ciała, trochę ciężko go było wyciskać pod koniec z tubki. Zapach jakoś szczególnie mnie nie powalił, a samo działanie było dla mnie neutralne, szału nie zrobił. Płyn od Oriflame pszenica i kokos to była jakaś pomyłka, która wogóle nie pachniała, wysuszała skórę i była bardzo niewydajna.


Kąpiel solankowo-bromową o zapachu bzu od Joanny uwielbiam. Pachnie bzem, który uwielbiam, a pachnie też bardzo naturalnie. Płyn jest baaardzo wydajny, tworzy świetną pianę i nie wysusza skóry. Kosztuje grosze, więc jeszcze nie raz się w niego zaopatrzę.


Kremowy peeling myjący od Farmony o zapachu liczi i rambutanu (cokolwiek by to nie było) rozczarował mnie dużą ilością drobinek, która nic nie robiła. Tarłam i tarłam nim po ciele, a nie widziałam rezultatów. 
Produkt od Starej Mydlarni baaardzo mnie kusił i tak samo baaardzo mnie rozczarował. Samo działanie w sobie było ok - pianka z peelingiem, niby drobnym, ale fajnie ścierał, dobrze się pienił. Ale nie wybaczę mu jednej rzeczy - tak okropnie śmierdział mydłem podczas używania, że nie mogłam tego wytrzymać. Zapachu mydła nie lubię, a w tym przypadku było go za dużo i zużyłam go w tempie ekspresowym.
Peeling antycellulitowy od Lirene uwielbiam za działanie. Fajnie ściera martwy naskórek, skórę mam po nim gładką. Ale z tym egzemplarzem miałam niemały problem - trafił się duży kawałek peelingu, który skutecznie uniemożliwiał wydobycie produktu z opakowania. Namęczyłam się z nim, co nie miara, ale udało się dobić do końca.


Peelingi do stóp z Avon i Oriflame używałam często w sierpniu i to głównie z tego miesiąca pochodzą. Obaj delikwenci przeleżeli w mojej szufladzie spory okres czasu, ale miło było ich używać. W obu przypadkach drobinki były małe, ale skutecznie oczyszczały stopy, pachniały delikatnie i były bardo wydajne pomimo małej pojemności.


Udało mi się w końcu powykańczać sporą ilość napoczętych kremów do rąk. Krem z Oriflame, jak widać po nazwie był z edycji świątecznej, ale ze świątecznym zapachem nie miał nic wspólnego. Produkt był bardzo lejący, wchłaniał się bardzo szybko, ale nie dawał uczucia nawilżenia skóry.
Krem od Orly - Pucker recenzowałam już tutaj. Nie zmieniłam o nim zdania i bardzo go polubiłam.


Kremy do rąk od The Body Shop bardzo się od siebie różniły. Po pierwsze zapachem - gagatek z lewej strony pachniał bardzo delikatnie, używałam go w pracy i wchłaniał się migusiem, ale pozostawiał uczucie nawilżonych rąk, bardzo wydajny. Gagatek po prawej stronie pochodził z zestawu kremów z edycji świątecznej, zapach wanilii był bardzo męczący, wręcz mdlący i ciężko mi się go używało.


Krem do rąk z Alverde to była przyjemna miniaturka. Zapach specyficzny, ale można się przyzwyczaić. Nawilżał bardzo przyjemnie, a pomimo małej tubki był bardzo wydajny.
Zmywacze do paznokci idą u mnie jak woda. Ten z Sally Hansen kupiłam po raz pierwszy podczas promocji w jakiejś drogerii. Był baardzo wydajny, nie wysuszał skórek i paznokci. Chętnie kupię go ponownie, ale tylko w promocji, bez niej się po prostu nie opłaca.


Zielona kulka z Vichy to produkt kultowy, goszczący w mojej kosmetyczce regularnie. Pisałam o nim nie raz i zdania nie zmieniłam, jest świetny.
Kulka z Nivea mnie nie powaliła. Używałam jej niemiłosiernie długo i szkoda, że działania nie ma takiego, jak ta sama nazwa w wersji męskiej.


O piance z Baikal Herbals mogliście przeczytać tutaj. Produkt jest tak bardzo wydajny, że już pod sam koniec zaczął mnie męczyć, ale zdania o nim nie zmieniłam.
Jakiś czas temu podjęłam się zadania zdenkowania wszystkich zapachów, które mam w domu, a mam ich baaardzo dużo (i jeszcze więcej ostatnio znalazłam :/). Na pierwszy ogień poszedł zapach jeżynowy z FM. Był baardzo słodki, ale bardzo go lubiłam. To była moja druga butla i na razie więcej nie będę go kupowała. A kosztował grosze.


Dwa płyny micelarne z Biodermy, które bardzo lubię, ale więcej nic nie powiem, bo piszę ciągle recenzję porównawczą 3 różnych wersji :)


W końcu wykończyłam! Lily Lolo - Mineral Finishing Powder, Flawless Silk. Nie cieszę się dlatego, że go nie lubiłam, bo lubię go baardzo, ale cieszę się dlatego, że starczył mi na tak długo. Postaram się niedługo napisać o nim więcej.
Pomadka z Alverde to mój ulubieniec, zwłaszcza w wersji mandarynkowej. Co prawda ten egzemplarz był jakiś zły, bo pomadka była bardzo tempa i bardzo szybko się złamał sztyft, ale przy wcześniejszych tego nie miałam. Zaopatrzyłam się w mały zapas, bo doszły mnie słuchy, że mają ją wycofać ze sprzedaży.


Na koniec wyrzucam produkty, których nie używam od bardzo dawna, więc obawiam się, że mogą być już zepsute. Są to praktycznie same pomadki i błyszczyki do ust oraz korektor.

I na koniec przypominam Wam o wyprzedaży w odpowiedniej zakładce ;)

Czerwcowe denkowanie

Miałam zrobić połączone denkowanie z czerwca i z lipca, ale po pierwsze torba z pustymi opakowaniami wala mi się po podłodze, po drugie koty czegoś tam ciągle szukają, po trzecie - chętnie wszystko już wyrzucę i zrobię miejsce na nowe denka ;)



Plaster na nos Revitale, moje pierwsze spotkanie z tym produktem. Wypowiem się bardziej jak jeszcze poużywam :)
Perfecta - Serum intensywnie regenerujące. Dostałam je w swoim pierwszym blogboxie, musiało trochę poleżeć żebym je w końcu użyła :) Pachnie bardzo cytrusowo, jedna saszetka starczyła mi na 2 razy. Skóra jest bardzo gładka i miękka, ale... świecę się niemiłosiernie nawet na następny dzień! Nigdy nie miałam problemów ze świeceniem, aż tu taka niespodzianka.
Perfecta - SPA domowy manicure - szafirowy peeling do rąk i maska-serum do rąk. Peeling dla mnie za słaby, ale w miarę dobrze ściera. Maska wchłania się szybko, ale pozostawia lekką lepkość dłoni. Plus za intensywny zapach!
Perfecta - SPA domowy pedicure - wulkaniczny peeling do stóp i maska-serum do stóp. Tutaj również peeling za słaby i trochę go mało. Maska bardzo fajnie nawilża stopy.


The Body Shop - żurawinowy krem do rąk ze świątecznej edycji (kupiłam go w zestawie z moim ukochanym imbirowym kremem). Nawilża tak, jak jego poprzednik, ale zapach mnie nie powalił. Nie pachnie on ani żurawiną, ani niczym fajnym. Błyskawicznie się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.



Mistrz świata wśród peeelingów! Lirene - Stop cellulit. Kupiłam całkiem przez przypadek i już zawsze będzie w mojej łazience. Na dłuższą recenzję poczekajcie aż skończę drugą tubę, czyli już niebawem :)



Tutti Frutti - peeling do ciała. Uwiódł mnie w sklepie jego zapach, który po dłuższym czasie był zbyt męczący, a wręcz odrzucający. Za słaby ździerak (kocham te mocne!), co prawda zostawiał skórę nawilżoną, ale nie powalił mnie. Duży minus za opakowanie, które pękło na górze i musiałam się nieźle gimnastykować żeby cokolwiek wycisnąć, bo normalnie nie chciał się wydostać z tubki. Na pewno więcej nie kupię.



Flos Lek - żel do powiek i pod oczy. Bardzo fajny, chłodzący żel. Wolę formę tubkową, bo tutaj mam ciągle mocno upaćkane paluchy no i mało to higieniczne.


Alterra - szampon regenerujący macadamia i figa. O ile używałam już szampony z Alterry, o tyle tylko ten mnie tak irytował. Zużyłam go na spółkę z mym mężem i używałam go podczas kąpieli po siłowni/basenie. Nie będę nawet robiła osobnej recenzji.



Yves Rocher - płyn do kąpieli z bawełną. Zwykły średniak. Dobrze się pieni, nie wysusza, mało wydajny i nie pachnie, a ja kocham pachnące żele pod prysznic. Mam jego kilku braci, mam nadzieję, że będą lepsi.


Krem do rąk z pierwszego blogboxa. Bardzo przyjemny, dobrze nawilża, nie pachnie i szybko się wchłania. Mój kot lubił go zlizywać z rąk po posmarowaniu :)



AA - antyperspirant do skóry wrażliwej. Całkiem dobra kulka, co prawda nie powaliła mnie na kolana, więc na pewno nie kupię ponownie.




I kolejny krem do rąk i kolejny z TBS. Pisałam o nim już w przypadku majowego denka. To jest drugie opakowanie, bardzo go lubię i na prawdę w końcu się zlituję nad jego recenzją :D


To by było wszystko z denkowania. Trochę tego wyszło, trochę też kupiłam. Ale na plus chyba nie wyszłam :)


PS: Jestem załamana faktem, iż TBS wycofał ze sprzedaży/nie będzie produkował mojego ulubionego szamponu bananowego! Obleciałam dwa TBSy we Wrocławiu, w każdym tylko odżywki, które mam. Szampon znalazłam na Allegro za horrendalną cenę, ale kupiłam, bo co miałam począć jak już mam końcówkę, a moje włosy kochają ten szampon?


PS 2: Skończyłam pisać magisterkę, oddałam do dziekanatu, wysłałam do recenzenta i promotora i teraz nic tylko czekać na obronę i koniec studiów! :]
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me