Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vichy. Pokaż wszystkie posty

Pustaki, czyli zużycia lipca

Koniec sierpnia zbliża się wielkimi krokami, a ja nadal nie rozprawiłam się z pustymi opakowaniami po zużytych produktach w lipcu. Czas to zmienić, bo muszę zrobić miejsce w torbie na następne zużycia!


Zestaw standardowy - szampony Balea. Ostatni w wersji Mango+Aloes i Zielone Jabłuszko, które najmniej polubiłam ze względu na zapach. Ale w działaniu wszystko na plus, jak zawsze!


Żeli Dove bardzo, ale bardzo dawno nie używałam. Skusiłam się na wersję ogórkową ze względu na promocję. W działaniu ok, ale w zbyt dużej ilości drażnił mnie zapachem - nie lubię zapachu zwykłego mydła, a ten zapach jest dość mocno wyczuwany w nim. Żel Balea? Wiadomo! I żel Neutral, który mąż przywiózł mi z Oslo (dostał jako gratis na ulicy wraz z żelem do prania, również tej samej firmy) - bezzapachowy, bardzo dobrze się pienił, nie wysuszał skóry i nie podrażniał jej. Ostatnio widziałam go w Rossmanie, więc u nas też jest spokojnie dostępny.


Yope - mydło w płynie o zapachu figi. Rzadko wspominam o mydłach, które używam, ponieważ nie widziałam do tej pory takiej potrzeby, natomiast ten produkt jest wart choćby wspomnienia! Duża butla mydła jest niesamowicie wydajna, zwłaszcza dzięki bardzo poręcznej pompce. Na pewno skuszę się na inne warianty zapachowe (wanilia-cynamon i werbena). Jedynym minusem było to, że sklep, w którym go kupowałam, wysłał produkt z bardzo krótkim terminem ważności, przez co używałam go do wszystkiego, włącznie z myciem pędzli (w tej roli też świetnie się spisał). Peeling Wellness&Beauty w wersji z olejkiem migdałowym i masłem Shea - genialny produkt! Świetnie oczyszczał skórę, na sucho był bardzo ostry, zostawiał nawilżoną olejkami skórę i cudownie pachnącą. Jest on również szalenie wydajny.


Krem do twarzy Rilastil Deliskin Intensive to mój ulubiony nawilżacz na okres jesienno-zimowy. Świetnie nawilża moją skórę bez podrażnień. Buzia dosłownie "spija" go w tempie ekspresowym. Jest niesamowicie wydajny. Powyższa pusta już tubka to moje 3 lub czwarte zużyte opakowanie, a to zdecydowanie o czymś świadczy. Na pewno zakupię kolejne opakowanie. Pełna recenzja kremu tutaj. A o Biodermie Sensibio już tyle razy pisałam, że nie wiem co dodawać więcej :) Więcej o płynie micelarnym tutaj.


Próbka masła rozgrzewającego z Pat&Rub - zapach zdecydowanie bardziej jesienny, ale zużyłam jako smarowidło do rąk. Uwielbiam za zapach i nawilżające działanie. Brush Cleanser od MAC to po prostu płyn do mycia pędzli. Niesamowicie wydajny różowy płyn świetnie domywa podkład z pędzli (bo tak w sumie tylko do tego go używałam). Chwila moment i pędzel jest czysty, a nie raz zdarzało mi się zapomnieć po prostu wyprać. Kolejna butla już jest u mnie. O zielonej kulce od Vichy też już chyba wszystko napisałam - uwielbiam! A pomadka ożywcza z peelingiem od Sylveco to mój zdecydowany ulubieniec! Powyższa pusta tubka to już chyba 4 zużyta, a kolejne są w użytku. Uwielbiam za działanie peelingujące, za nawilżanie i za zapach.

Pustaki, czyli zużycia czerwca

Czerwiec pod względem zużywania był dosyć średnim miesiącem. Ale sukcesywnie rozprawiam się z pełnymi szufladami, staram się za wiele nie kupować. Ale wiadomo, jestem tylko kobietą ;) Zapraszam Was na mini recenzje produktów z zeszłego miesiąca.


Balea - żel pod prysznic o zapachu maliny i trawy cytrynowej. No cóż, dziwnie by było, jakby tej firmy w denku nie było, prawda? O tych żelach napisałam już wszystko, zapach bardzo odświeżający, idealny na upały.
Stara Mydlarnia - Provance, czyli żel do kąpieli o zapachu lawendy. Przyznaję bez bicia, że zapach mnie nie powalił, ale na szczęście w kontakcie z wodą tracił na swojej intensywności przez co był całkiem miłym dodatkiem do kąpieli. Wydajny i nie wysuszał skóry.
Rituals - Sakura Scrub, to już kolejny zużyty przeze mnie peeling tego producenta. Działanie rewelacyjne, ale tylko na suchej skórze (na mokrej za szybko się rozpuszcza), świetny zapach. Bardzo polubiłam tą wersję, ale Himalaya chyba jednak nie przebije :)


Balea - szampon truskawkowy to chyba mój zdecydowany faworyt! Zwłaszcza jeśli chodzi o zapach i bardzo żałuję, że była to edycja limitowana. Szampon świetnie oczyszczał włosy, a dodatkowo pozostawiał delikatny i wcale niechemiczny zapach na włosach.
Phenome - Anti Aging Hair Wash. Szampon, który wpadł w moje ręce przez zupełny przypadek - diabelsko wydajny, co prawda konsystencję ma bardzo rzadką, ale nie wpływało to na uciekanie produktu z dłoni. Zapach ziołowy, bardzo charakterystyczny. Świetnie się pienił i pozostawiał włosy tak czyste, że aż skrzypiały. Niestety również delikatnie je wysuszał - jego używanie musiało być połączone z odżywką do włosów.


BeBeauty - Spa, orzeźwiająca sól do kąpieli o zapachu pomarańczy. Przyznaję bez bicia, że ten produkt służył mi tylko i wyłącznie do moczenia stóp. Zapach był dość chemiczny, ale całkiem fajnie nawilżał stopy.
Oriflame - woda toaletowa, nie wiem jak się nazywała, ale reklamowała ją bodajże Ewa Farna ładne kilka lat temu. Zapach był delikatny, kwiatowy, całkiem przyjemny i niesamowicie wydajny.
Vichy - zielona kulka, o niej również już chyba wszystko napisałam.
Phenome - Regenerating Hand Therapy, czyli po prostu regenerujący krem do rąk o zapachu migdałów. Ta wersja bardzo przypadła do gustu mojemu nosowi, dłoniom również. Produkt ma bardzo gęstą i treściwą konsystencję i jest niesamowicie wydajny, a moje ręce bardzo go polubiły.
Próbki: Phenome - Vitality Shine, czyli po prostu rozświetlająca maseczka, którą nakładałam na noc i rano zmywałam wszystko wodą. Buzia po niej była nawilżona, ani trochę nie podrażniona, a nawet lekko rozświetlona. Pat&Rub - Hipoalergiczny Olejek do Kąpieli, ilość olejku była niesamowicie mała, żeby wiele napisać, natomiast dwie ważne rzeczy: zapach - ta seria jest moją zdecydowanie ulubioną! i nawilżenie - nawet tak mała próbka wlana do wanny pełnej wody spowodowała, że moja skóra była cudownie nawilżona.

Pustaki, czyli zużycia kwietnia

Nadal nadrabiam zaległości. Głównie pustakowe, w końcu muszę zrobić miejsce na następne. Kwietniowe zużycia były całkiem spore, co mnie cieszy, bo robi mi się coraz większy luz w szufladach :)


Tak, jak w poprzednim poście denkowym (i w jeszcze poprzednich) nie mogło zabraknąć żeli Balea :) Marakuja pojawia się w mojej łazience już któryś raz, a Black Secret i Purple Kisses to edycje limitowane - takie to ja najbardziej lubię! Żele te uwielbiam za wszystko - za zapachy, za wydajność, za działanie i za cenę.
Żel czekoladowo-waniliowy od Stenders to kosmetyk, który zakupiłam podczas pobytu w Krakowie. Żel jest gęsty, wydajny, pachnie smakowicie i nie wysusza skóry. Na minus muszę zaliczyć otwór, przed który leje się żel - jest ciut zbyt mały i przy naciśnięciu butelki od razu wyskakuje, przez co zanim zorientowałam się, co się stało, żelu się trochę wylało.


Szampon Balea też standardowo musi być w denku :D Tym razem ostatnie moje opakowanie limitowanej edycji z zeszłego roku o zapachu borówek, chyba jedna z moich ulubionych wersji zapachowych. Świetnie oczyszczał moje włosy, nie przetłuszczał ich i pozostawiał (niestety na krótko) delikatny zapach.
Wzmacniający szampon z Pharmaceris to już moja kolejna butla - uwielbiam go w duecie z maską oczyszczającą z Phenome, jest to duet idealny! Bardzo lubię zapach i działanie, jest również wydajny i pewnie nie raz jeszcze do niego powrócę.
Regenerująca odżywka z Pat&Rub wpadła mi w ręce oczywiście przez niezawodną w kwestii kusicielkę Megdil, która zdradziła mi swoją tajemnicę używania maski do włosów z tej samej serii. Maska się skończyła, odżywka została, ale i w wersji solo dawała radę. Nakładałam ją dosłownie na chwilę, a włosy były miękkie i gładkie, ale nie przetłuszczone.


Cukrowy peeling do ciała od Perfecta to gigantyczny koszmar. Konsystencja tego produktu była tak dziwna, że ciężko go było rozprowadzić po skórze, czy to na sucho, czy na mokro. A jak już mi się to jakimś cudem udało, to nie robił nic, absolutnie nic. Przez to starałam się zużyć go jak najszybciej. Jedyny plus? Zapach, ale i on nie uratował tego kosmetyku w moich oczach.
Za to stymulujący peeling z serii Home Spa od Pat&Rub zdecydowanie wypadł świetnie! Zwłaszcza w porównaniu do innych jego poprzedników, którzy gościli w mojej łazience (rozgrzewający, regenerujący i odświeżający). Nie pozostawiał tak upartej, ciężkiej do zmycia białej mazi na skórze, świetnie ją oczyszczał. No i ten zapach!
Pozostając przy kosmetykach Pat&Rub - masło rozgrzewające do ciało umilało mi większą część zimy. Nie przepadam za smarowaniem ciała, nie dlatego, że nie muszę, ale dlatego, że nie lubię i mi się po prostu nie chce (ahh ten leń!). Ale ten produkt był tak smakowity, że jego używanie było przyjemnością. Mój mąż śmiał się, że pachnę jak ciasteczka :D


Micel Sensibio od Biodermy to mój stały punkt demakijażu. Nie chcę już nawet próbować czegokolwiek innego. Pełna recenzja tutaj.
Próbki: Clarins HydraQuench Cream - nawet nie wiecie jak żałuję, że otworzyłam tą próbkę! To była miłość od pierwszego użycia :D A, że próbka starczyła mi na kilka użyć tym moja miłość rosła wraz z kolejnym używaniem. Moja skóra również polubiła ten krem i chętnie, naprawdę chętnie przygarnęłabym pełnowymiarowy słoiczek.
I znów niezawodna Megdil dostarczyła mi próbki kosmetyków, które po użyciu tak bardzo chcę mieć, że muszę wykrzesywać z siebie olbrzymią siłę, żeby ich nie kupić od razu :D MAC BB Cream Light Plus - no zakochałam się od pierwszego użycia. A, że wszystkie bebiki kocham, tak tutaj nie mogło być inaczej. Od ponad 2 tygodni walczę żeby go jeszcze nie kupić, a sklep MAC mam zaraz koło przystanku autobusowego z pracy do domu... I chyba jednak się złamię i go kupię ;) Kolejnym cudem, które chcę mieć jest Aesop Mandarin Face Cream, co prawda z tego, co czytałam to nie jest do końca krem do mojej cery, ale słuszna próbka, którą dostałam od Magdy pokazała mi, że ten krem jednak jest dla mnie. Uwielbiałam go używać, jest świetny pod makijaż. Już po pierwszym użyciu leciałam go kupić w czeluściach internetów i kubeł zimnej wody, jakim była cena, zdecydowanie ten zapał ostudził. Ale przyjdzie jeszcze na niego pora!


Kremowy peeling do dłoni z Pat&Rub jest jednym z moich ulubionych produktów tego typu (kolejnym jest cukrowy peeling z Phenome). Jest bardzo wydajny, zawiera bardzo drobne drobinki, które pomimo wszystko świetnie oczyszczają skórę dłoni. Używam go za każdym razem, kiedy robię mani, czyli 2-3 razy w tygodniu i starczył mi na kilka długich miesięcy. Kolejne opakowanie już jest w mojej łazience :)
Krem do rąk Nuxe, o którym słyszałam wiele dobrego. Na początku zapach bardzo, ale to bardzo mi nie pasował. Jest on zdecydowanie charakterystyczny dla tej marki, ale z każdym użyciem kremu lubiłam go coraz bardziej. Jeśli szukacie czegoś do bardzo suchych dłoni, to on się w tej roli na pewno nie spełni. Ale jeśli tak, jak ja nie macie większych przesuszeń, to będzie idealny.


Zielona kulka Vichy. Tutaj chyba też nie muszę nic dodawać? Stały punkt mojej pielęgnacji ;)
Złuszczająca maska do stóp z Dermo Pharma+. Po tym, jak ostatnio użyłam złuszczającej maski nie byłam do końca przekonana do tego typu produktów. Ale, że akurat wtedy kupiłam dwa takie produkty różnych marek, stwierdziłam, że szkoda żeby leżał na dnie szuflady. I nie żałuję użycia, bo ta maska jest zdecydowanie warta polecenia! Większość moich zrogowaceń zlikwidowała, co prawda skóra zaczęła schodzić dopiero po ok. 10 dniach i schodziła przez 2-3 tygodnie, ale dawno nie miałam tak gładkich stóp.

Trochę tego zużyłam. Dajcie znać, czy coś z moich pustaków znacie, lubicie?

Pustaki, czyli zużycia stycznia

Moja systematyczność woła o pomstę do nieba! Jest połowa lutego, a ja się od tygodnia zabieram za post denkowy ze stycznia. Obiecuję poprawę Wam, ale przede wszystkim sobie. Muszę w sobie regularność wyrobić, bo ostatnio z tym u mnie jest beznadziejnie :)

Ale wracając do tematu! Poniżej widzicie to, co udało mi się zużyć w poprzednim miesiącu. Nie jest tego dużo, już widzę, że więcej pustaków będzie w obecnym. Zapraszam Was na mini recenzje!


Pat&Rub - ekoAmpułka 1 do skóry wrażliwej i suchej. Bardzo, bardzo długo się na nią czaiłam, czekałam na odpowiednią promocję i w końcu dorwałam w swoje łapki. Odczucia mam mieszane - bo o ile z nawilżeniem i z brakiem podrażnienia, a nawet uspokojenia mojej cery się mu udało, to jeśli chodzi o stronę techniczną tego produktu, to nie wiem, czy miałam pecha, czy takie już są te ampułki. Chodzi o problem z wydobyciem produktu ze szklanej buteleczki. Było tak od samego początku, więc mam wrażenie, że albo trafiła mi się felerna pipetka, albo wszystkie są takie. Ciężko mi było również nakładać odpowiednią ilość, bo raz nie musiałam od razu wklepywać kremu, a raz musiałam - w zależności od ilości serum skóra była mniej lub bardziej napięta. Ale pomijając te minusy bardzo się z nią polubiłam, uspokajała cerę jak była za bardzo rozgrzana i łagodziła moje naczynka oraz nie podrażniała skóry!

Bioderma Sensibio H2O, czyli mój standard w demakijażu! Nie zamienię na żaden inny płyn micelarny, bo już nie raz kończyło się to podrażnieniem. Pełną recenzję znajdziecie na blogu.

Phenome - Non-Drying Cleansing Foam, czyli po prostu pianka do mycia twarzy o różanym zapachu. Po pierwsze - mega wydajna! Jedna pompka wystarczy do umycia buzi, pod koniec butelki trzeba się już kilka razy namachać nią żeby mieć odpowiednią ilość pianki, ale mi to nie przeszkadzało. Po drugie - bardzo, bardzo delikatna! W końcu jest przeznaczona do cery wrażliwej - również uspokajała moją cerę, bardzo przyjemnie oczyszczała i już po zmyciu makijażu, jak i sam makijaż (podkład + puder + róż + rozświetlacz; z demakijażem oczu nie próbowałam, bo nie maluję oczu). Jest bardzo delikatna, nie podrażnia i przede wszystkim nie podrażnia skóry i nie pozostawia uczucia ściągnięcia! A przy tym bardzo delikatnie i pięknie pachnie różami. Zaopatrzyłam się już w kolejną butelkę, więc już to o czymś świadczy :)


The Body Shop - Gingerbread Body Butter, czyli imbirowe masło do ciała z limitowanej edycji świątecznej. Miałam w swoich zapasach mocno zachomikowane to masło, zwłaszcza, że kupiłam je ponad rok temu podczas wyprzedaży! Uwielbiam zapach tej linii, nie pachnie standardowo imbirem, albo bardzo ten zapach lubię. Z nawilżaniem również całkiem nieźle sobie poradził. Z tej linii mam jeszcze mini krem do rąk i płakać będę, jak mi się skończy, bo tego zapachu podczas niedawnej świątecznej kolekcji już nie było...

Balea - waniliowy szampon do włosów. Chyba najmniej lubię tę wersję zapachową - jest mdła, co prawda dobrze oczyszcza włosy, ale miałam wrażenie, że przez jego użycie szybciej mi się przetłuszczają. Była to na szczęście ostatnia butelka tej wersji, bo na pewno już więcej bym do niej nie powróciła.

Balea - mandarynkowy peeling do ciała. Zaznaczę od razu, że był to bardzo, bardzo, bardzo drobny peeling. Na początku się przestraszyłam, że jest aż tak drobny, ale na szczęście działał całkiem nieźle. Oczyszczał skórę, nie nawilżał jej, ale również i nie podrażniał. Niestety sztuczność jego zapachu uniemożliwiała mi częste używanie, przez co jego zużycie zajęło mi kilka miesięcy.

The Body Shop - Almond Shower Gel. Migdały uwielbiam i jeść i wąchać. Dlatego też uwielbiam kosmetyki o ich zapachu. Zapach żelu w butelce mnie powalił, podczas kąpieli już nie bardzo, gdzieś wyparowuje. Dobrze się pienił i nie wysuszył skóry. Mało wydajny.


BarbraPro - tonik do zmywania paznokci. Czyli po prostu zmywacz z olejkiem pomarańczowym. Poza przyjemnym zapachem, nawilża również skórki. Do zmywania brokatów się nie nadawał, ale do kremów już zdecydowanie bardziej. 

Vichy - zielona kulka. Czy coś więcej muszę dodawać?? :D

Nivea - Clear-up-Strip. Czyli plaster do oczyszczania nosa. Całkiem nieźle radzi sobie z oczyszczaniem, o ile za mocno się go nie zmoczy wodą, bo inaczej trzeba go suszyć. Nie wiem, czy jest jeszcze do kupienia, bo ja swoje zapasy poczyniłam kilka miesięcy temu.

New in

Dawno nie było nowości :D Żeby nie było, że tylko gromadzę, to też zużywam. Świadczy o tym torba, z której puste opakowania się wysypują, a mi się nie chce robić zdjęć :P Ale wracając do tematu dzisiejszego posta - nowości, które Wam pokażę są z około miesiąca i na chwilę obecną nie planuję kolejnych większych zakupów :)


Dość szybko zapałałam miłością do kosmetyków Phenome - i tych do ciała, i tych do pielęgnacji twarzy. Dlatego też po niecałym miesiącu od pierwszych zakupów z tej firmy, postawiłam na kolejne: In-A-Minute manicure scrub, Non-Drying cleansing foam oraz Luscious hydratin cream.


Można już u mnie zaobserwować przejście na pielęgnację twarzy praktycznie w 100% naturalną. Moja cera jest mi za to wdzięczna, a głównie dzięki Tonikowi z Pat&Rub, który mam od niedawna, ale nie wyobrażam już sobie bez niego życia, dlatego skorzystałam z promocji i zrobiłam sobie jego mały zapas. BBB również spod szyldu Pat&Rub stał się już moim ulubieńcem - najpierw zamówiłam jego próbkę i pokochałam go od pierwszego użycia, więc pełnowymiarowe opakowanie było tylko kwestią czasu. A Bogaty balsam do dłoni  zakupiłam również dzięki próbce - ratuje moje ostatnio bardzo wysuszone dłonie i łagodzi wszelkie podrażnienia.


Balsam do ust z Avene, Cold Cream poleciła mi pani podczas zakupów w Super-Pharm, a przeszłam się tam po osławiony balsam do ust z Nuxe, które akurat wtedy nie było. Ponoć działa lepiej. Porównam jak dorwę Nuxe :) Peeling enzymatyczny z Organique bardzo długo wisiał na mojej liście i w końcu, dzięki kuponom zniżkowym z magazynu Joy udało mi się go nabyć taniej o 20%. Użyłam go już kilka razy i zdecydowanie mogę powiedzieć, że jego zakup to był strzał w 10! Vichy Capital Soleil SPF 30 to matujący krem do twarzy w formie emulsji, który wchłania się błyskawicznie i mam nadzieję, że równie dobrze będzie chronił skórę mojej twarzy przed promieniami słonecznymi. Pędzel Stippling Brush z Real Techniques ma mi zastąpić pędzel do podkładu z Hakuro (który nagle po 3 latach zaczął gubić włosie), gdyby był miększy to byłby zdecydowanym ideałem :)


Krem do rąk Anida to już moje drugie opakowanie, kosztuje dosłownie grosze, a działa całkiem dobrze. Top Kwik Kote z Kinetics'a to produkt, na który bardzo długo się czaiłam. Jak go chciałam to w jedynym wtedy jeszcze Hebe we Wrocławiu zlikwidowano szafę, dopiero jak otworzyli drugie Hebe to go dorwałam, czekała na mnie ostatnia sztuka i to jeszcze w promocji! :) Peggy Sage Express nail hardener to moja ulubiona odżywka do paznokci, butelkę zakupiłam na zapas, bo była wyprzedawana w Douglasie. No i na koniec top Essie Good To Go, któremu daję ostatnią szansę, bo poprzednia butelka to był jakiś niewypał. Ta ma białą nakrętkę, a poprzednia srebrną - czytałam, że ma to jakieś znaczenie, chętnie się o tym przekonam.


Nowości od Revlon - seria pachnących lakierów do paznokci. Od Lewej: Ginger Melon, Lime Basil (który pokazywałam kilka dni temu tutaj), Pink Pineapple i African Tea Rose (który niebawem Wam pokażę). Część kupiłam w Hebe, a część w Douglasie.


Bez nowych lakierów Essie nie byłoby zakupów :D W moje łapki wpadły: Madison Ave-Hue, Lilacism, Mesmerized, Bond With Whomever, Van d'Go, Rock The Boat oraz The Girls Are Out. Mój essieholizm się mocno rozrasta :D


Lakiery Paese pokazywałam Wam niedawno, zakupiłam je w ramach lakierowego Paese Box'a, a pokazywałam je tutaj.


Żele pod prysznic Le Petit Marseillais o zapachu Białej Brzoskwini i Nektarynki (mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o zapach!) oraz Mandarynki i Limonki, o których ostatnio było w blogosferze - sprawdzę, o co tyle szumu :)


Żele Balea o nie wiem jakich zapachach, bo jeszcze nie wąchałam :P Ale nigdy mnie jeszcze nie zawiodły, na zdjęciu powyżej widać 2 żele z edycji limitowanej, jak dobrze pamiętam zeszłorocznej. Żel z oliwką od Lirene jest świetny, to już jest moje kolejne opakowanie tego produktu i uwielbiam go i za zapach i za działanie.


I jeszcze więcej żeli Balea :D Nowości z serii limitowanej wiosennej (letniej?): Melon Tango, Mango Mambo i wersja truskawkowa.


No  na sam koniec nowość od Organique - balsamy do ust: Orange Sorbet i Cherry Candies, które zakupiłam podczas promocji 2 w cenie 1, ależ się naczekałam i naszukałam tego duetu, bo w 3 sklepach, w których byłam to ich ciągle nie było :) Balsamy już bardzo polubiłam, świetnie nawilżają usta.

D jak duże denko

Nie samymi zakupami człowiek żyje, na dowód tego mam całą masę pustych opakowań. Z jednego miesiąca to było za mało, z drugiego było ok, ale nie miałam gdzie wyrzucić pustych opakowań (niech żyje nieudolna segregacja śmieci, czyli brak wywożenia i brak pojemników!), a jak już mam gdzie i do czego wyrzucać to i minął 3 miesiąc. Więc denko będzie spore, ale za to jaki luz w szufladach się zrobił :] Przed Wami post tasiemiec.


Szampony Balea to jedyne, które w tej chwili używam. Wersję jagodową uwielbiam za zapach, wersja rozmaryn+melisa za świetne oczyszczanie włosów.



Płyny do kąpieli Balea pojawiają się u mnie bardzo często. Są tanie, świetnie się pienią i nie wysuszają mojej skóry. Dodatkowo pachną cudnie (co dziwne szampon i płyn do kąpania jagodowe pachną zupełnie inaczej;). W przeciągu 3 miesięcy zużyłam 6 wersji zapachowych i niestety ubolewam, że został mi ostatni, a większych zapasów na razie nie planuję.


Kolejne kąpiele z Balea. Tym razem miałam olejek jabłkowy, bardo delikatny, nie wysuszał skóry, ale nie nawilżył jej bardziej niż powyżej opisane płyny. 
Lotion od Balea był konsystencji balsamu do ciała, trochę ciężko go było wyciskać pod koniec z tubki. Zapach jakoś szczególnie mnie nie powalił, a samo działanie było dla mnie neutralne, szału nie zrobił. Płyn od Oriflame pszenica i kokos to była jakaś pomyłka, która wogóle nie pachniała, wysuszała skórę i była bardzo niewydajna.


Kąpiel solankowo-bromową o zapachu bzu od Joanny uwielbiam. Pachnie bzem, który uwielbiam, a pachnie też bardzo naturalnie. Płyn jest baaardzo wydajny, tworzy świetną pianę i nie wysusza skóry. Kosztuje grosze, więc jeszcze nie raz się w niego zaopatrzę.


Kremowy peeling myjący od Farmony o zapachu liczi i rambutanu (cokolwiek by to nie było) rozczarował mnie dużą ilością drobinek, która nic nie robiła. Tarłam i tarłam nim po ciele, a nie widziałam rezultatów. 
Produkt od Starej Mydlarni baaardzo mnie kusił i tak samo baaardzo mnie rozczarował. Samo działanie w sobie było ok - pianka z peelingiem, niby drobnym, ale fajnie ścierał, dobrze się pienił. Ale nie wybaczę mu jednej rzeczy - tak okropnie śmierdział mydłem podczas używania, że nie mogłam tego wytrzymać. Zapachu mydła nie lubię, a w tym przypadku było go za dużo i zużyłam go w tempie ekspresowym.
Peeling antycellulitowy od Lirene uwielbiam za działanie. Fajnie ściera martwy naskórek, skórę mam po nim gładką. Ale z tym egzemplarzem miałam niemały problem - trafił się duży kawałek peelingu, który skutecznie uniemożliwiał wydobycie produktu z opakowania. Namęczyłam się z nim, co nie miara, ale udało się dobić do końca.


Peelingi do stóp z Avon i Oriflame używałam często w sierpniu i to głównie z tego miesiąca pochodzą. Obaj delikwenci przeleżeli w mojej szufladzie spory okres czasu, ale miło było ich używać. W obu przypadkach drobinki były małe, ale skutecznie oczyszczały stopy, pachniały delikatnie i były bardo wydajne pomimo małej pojemności.


Udało mi się w końcu powykańczać sporą ilość napoczętych kremów do rąk. Krem z Oriflame, jak widać po nazwie był z edycji świątecznej, ale ze świątecznym zapachem nie miał nic wspólnego. Produkt był bardzo lejący, wchłaniał się bardzo szybko, ale nie dawał uczucia nawilżenia skóry.
Krem od Orly - Pucker recenzowałam już tutaj. Nie zmieniłam o nim zdania i bardzo go polubiłam.


Kremy do rąk od The Body Shop bardzo się od siebie różniły. Po pierwsze zapachem - gagatek z lewej strony pachniał bardzo delikatnie, używałam go w pracy i wchłaniał się migusiem, ale pozostawiał uczucie nawilżonych rąk, bardzo wydajny. Gagatek po prawej stronie pochodził z zestawu kremów z edycji świątecznej, zapach wanilii był bardzo męczący, wręcz mdlący i ciężko mi się go używało.


Krem do rąk z Alverde to była przyjemna miniaturka. Zapach specyficzny, ale można się przyzwyczaić. Nawilżał bardzo przyjemnie, a pomimo małej tubki był bardzo wydajny.
Zmywacze do paznokci idą u mnie jak woda. Ten z Sally Hansen kupiłam po raz pierwszy podczas promocji w jakiejś drogerii. Był baardzo wydajny, nie wysuszał skórek i paznokci. Chętnie kupię go ponownie, ale tylko w promocji, bez niej się po prostu nie opłaca.


Zielona kulka z Vichy to produkt kultowy, goszczący w mojej kosmetyczce regularnie. Pisałam o nim nie raz i zdania nie zmieniłam, jest świetny.
Kulka z Nivea mnie nie powaliła. Używałam jej niemiłosiernie długo i szkoda, że działania nie ma takiego, jak ta sama nazwa w wersji męskiej.


O piance z Baikal Herbals mogliście przeczytać tutaj. Produkt jest tak bardzo wydajny, że już pod sam koniec zaczął mnie męczyć, ale zdania o nim nie zmieniłam.
Jakiś czas temu podjęłam się zadania zdenkowania wszystkich zapachów, które mam w domu, a mam ich baaardzo dużo (i jeszcze więcej ostatnio znalazłam :/). Na pierwszy ogień poszedł zapach jeżynowy z FM. Był baardzo słodki, ale bardzo go lubiłam. To była moja druga butla i na razie więcej nie będę go kupowała. A kosztował grosze.


Dwa płyny micelarne z Biodermy, które bardzo lubię, ale więcej nic nie powiem, bo piszę ciągle recenzję porównawczą 3 różnych wersji :)


W końcu wykończyłam! Lily Lolo - Mineral Finishing Powder, Flawless Silk. Nie cieszę się dlatego, że go nie lubiłam, bo lubię go baardzo, ale cieszę się dlatego, że starczył mi na tak długo. Postaram się niedługo napisać o nim więcej.
Pomadka z Alverde to mój ulubieniec, zwłaszcza w wersji mandarynkowej. Co prawda ten egzemplarz był jakiś zły, bo pomadka była bardzo tempa i bardzo szybko się złamał sztyft, ale przy wcześniejszych tego nie miałam. Zaopatrzyłam się w mały zapas, bo doszły mnie słuchy, że mają ją wycofać ze sprzedaży.


Na koniec wyrzucam produkty, których nie używam od bardzo dawna, więc obawiam się, że mogą być już zepsute. Są to praktycznie same pomadki i błyszczyki do ust oraz korektor.

I na koniec przypominam Wam o wyprzedaży w odpowiedniej zakładce ;)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me