Orly / On The Edge

Orly w swojej letniej kolekcji Adrenaline Rush stworzyło kilka cudnych, letnich kolorów. Sama przygarnęłam trzy z nich i dziś pokażę Wam On The Edge. Ileż to przekleństw wyszło z moich ust. Nie, nie podczas malowania, bo malowanie to bajka, ale podczas robienia zdjęć! Ten kolor jest tak nieoczywisty, że naprawdę ciężko go uchwycić (a musicie mi uwierzyć, że niesamowicie długo się starałam - koty protestowały, że na tak długo zajęłam ich parapet ;)).
Tak, jak napisałam wcześniej - malowanie to bajka. Tak w sumie to jedna warstwa w zupełności wystarczy, tak z przyzwyczajenia dałam dwie. Lakier wysycha do pół matu/satyny, ale ja postawiłam w tym przypadku na błysk i potraktowałam paznokcie dodatkowo jedną warstwą topu. A kolor? No i tu są schody! Bo raz jest to intensywny granat, a za chwilę wpada w fiolet - w internecie można się spotkać z opiniami, że jest to po prostu fioletowy niebieski. Na poniższych zdjęciach starałam się oddać każdy z tych odcieni, a jak mi to wyszło, to już same oceńcie ;]










A na koniec zapraszam Was do zaktualizowanej zakładki WYPRZEDAŻ :)

Aktualna pielęgnacja twarzy

Za tego posta zabierałam się od ładnych kilku miesięcy. Ciągle coś było ważniejsze niż to - oczywiście te parę miesięcy temu część kosmetyków byłaby zupełnie inna. Ale myślę, że na chwilę obecną to jest najlepszy zestaw do pielęgnacji mojej cery. Przypomnę tylko, że mam bardzo suchą i wrażliwą skórę twarzy, skłonną do przebarwień i podrażnień.




Oczyszczanie:

Pat&Rub - Tonik z serii AOX. Po zużyciu kilku już butelek mojego ulubionego toniku oczyszczającego, również z firmy sygnowanej nazwiskiem Kingi Rusin, postanowiłam coś zmienić i podczas jednej z wielu promocji zakupiłam ten oto egzemplarz. Produkt ma charakterystyczny ziołowy, ale delikatny zapach oraz bardzo krótki skład (woda AOX, ekstrakt z korzenia lukrecji i naturalna betaina). Świetnie oczyszcza i nawilża skórę twarzy, w trakcie panujących obecnie upałów bardzo przyjemnie odświeża skórę. Jest niesamowicie wydajny. Minus? Po jego użyciu czuję nieprzyjemną lepkość na twarzy, która niestety aż tak szybko (jakbym chciała) nie znika.

Bioderma - Sensibio H2O. W kwestii demakijażu jestem nudna jak flaki z olejem. Płyn micelarny, o którym słyszał już chyba każdy jest jedynym tego typu produktem, który używam i nawet nie myślę o zmianie. Pełną recenzję możecie przeczytać tutaj.


Phenome - Calming Blemish Cleanser. Jest to aksamitny żel do mycia twarzy z niedoskonałościami i przebarwieniami o cudownym zapachu jabłek. Produkt ma dość rzadką konsystencję, co w duecie z niepraktyczną zakrętką nie raz powodował już, że produkt mi się wylewał podczas użytkowania. Na szczęście jest on niesamowicie wydajny, przez co nie widzę różnicy w jego ubytku. Poza tym minusem? Są same plusy! Żel delikatnie się pieni i świetnie oczyszcza cerę, nie podrażnia, a na dodatek po dłuższym używaniu zauważyłam delikatne rozjaśnienie niektórych przebarwień. A w duecie ze szczoteczką Foreo Luna zmywa nawet makijaż (nie mówię o makijażu oczu, bo takowego nie robię)!

Foreo Luna Mini w kolorze magenta. Ileż to ja się różnych opinii naczytałam o tym małym cudaku. Ileż to ochów i achów było na temat tej sonicznej szczoteczki. Myślałam nad nią długo - w końcu trochę kosztuje, ale decyzji o wydaniu na nią tych pieniędzy nie żałuję. Nie będę dokładnie opisywała zasad działania i tego, jak ją używać - takich opinii w internecie znajdziecie wiele. To, co mogę na pewno powiedzieć o niej to to, że naprawdę, cudownie oczyszcza buzię. Mój nos to jeden wielki suchar i nieestetycznie wyglądają takie suche skórki przy makijażu - dzięki regularnemu używaniu tej szczoteczki (+ nawilżanie oczywiście!) problem całkowicie nie zniknął, ale bardzo mocno został zredukowany. Dodatkowo wszelkie zanieczyszczenia są świetnie usunięte, a używając jej wieczorem mam dodatkowo cudowny masaż twarzy :) Pomimo, że mam, tak jak pisałam wyżej, suchą i wrażliwą skórę, to szczoteczka jej nie podrażnia. Owszem, po użyciu mam delikatnie zaróżowione policzki, ale po kilku minutach kolor wraca do normy.


Lush - Oatfix. Ileż to ja się naczytałam o produktach marki Lush. Ileż to razy płakałam nad tym, że nie ma tej firmy w Polsce i nic nie mogę wypróbować. Na całe szczęście mój lament udało się na krótką chwilę okiełznać, kiedy to mój mąż został wysłany na szkolenie do Oslo. Jak tylko o tym usłyszałam, od razu zrobiłam mu krótką listę (a było taką ciężko zrobić!) tego, co bym chciała. I tak o to stałam się posiadaczką tej oto maski do suchej skóry (miałam ją już okazję wypróbować dzięki Infinity Blog za co jestem niezmiernie wdzięczna!). Maskę mam ochotę... zjeść! Pachnie cudownie, a jeszcze lepiej działa! Zawiera banany, które nawilżają i wygładzają skórę, owies, który działa przeciwzapalnie i łagodzi podrażnienia, migdały, które dają efekt delikatnego peelingu oraz miód, który działa antybakteryjnie. Wszystkie składniki działają tak, jak powinny. A zapach? Podczas i po użyciu pachnę jak ciasteczko :]

Lush - Let The Good Times Roll. Jest to czyścik do twarzy, który myje i delikatnie peelinguje oraz przy tym nawilża skórę. Po jego użyciu skóra jest niesamowicie gładka i rzeczywiście dość dobrze nawilżona. Nie podrażnia mojej skóry (pomimo zawartości kawałków popcornu w środku!), ale podobnie, jak przy użyciu Luny, na początku mam delikatnie zaczerwienione policzki. Mój mąż poszalał z wielkością opakowania, której za żadne skarby nie da się zużyć w przeciągu 3 miesięcy od daty produkcji, więc część produktu zamroziłam. Wspominałam już, że on też cudownie pachnie? Też bym go zjadła :D Zaznaczę tylko, że w momencie kiedy używam tego produktu, to nie używam szczoteczki sonicznej.



Nawilżanie:

Phenome - Repleshing Moisturizing Oil. Czyli po prostu nawilżający olejek do twarzy. Przyznaję szczerze, kupiłam go przez pomyłkę, w koszyku miało się znaleźć serum. No, ale nie ma tego złego i stwierdziłam, że pomimo iż nie lubię formy olejków, to go zużyję. I nie wiem, czy kiedyś to zrobię, ponieważ jest tak wydajny! Producent zaleca 1-2 krople olejku, natomiast ja zdecydowanie tych kropli daję więcej (a ledwo co widać zużycie w buteleczce!). Na początku używałam go solo, ale denerwowała mnie tłustość na skórze, dlatego postanowiłam go używać razem z kremem. Na początku mieszałam go z kremem Rilastil, gdzie tworzyły w czasie zimy genialny duet! Teraz używam go z moim ulubieńcem - kremem Luscious. Nawilżenie jest bardzo długo odczuwalne, dlatego używam go co kilka dni.

Phenome - Luscious Hydrating Cream. Mój zdecydowany ulubieniec wśród kremów nawilżających! Słoiczek, który widzicie na poniższym zdjęciu to już trzecia sztuka i nie żałuję żadnej wydanej na niego złotówki. Używam go tylko i wyłącznie na noc w sezonie wiosenno-letnim, chociaż jest tak wydajny, że pewnie starczy mi i na jesień. Na pełną recenzję zapraszam Was tutaj.

Pat&Rub - krem do twarzy AOX. Krem wchłania się bardzo szybko, dzięki czemu używam go rano pod makijaż i nie tylko. Używam w chwili obecnej tylko płynne podkłady i na żadnym z nich nie zauważyłam rolowania, czy zważenia. Skóra jest bardzo dobrze nawilżona i czuję, że "oddycha". Produkt nie podrażnia, pachnie bardzo delikatnie, czasami nawet jego zapachu nie zauważam. Skład, jak w przypadku toniku z tej serii jest bardzo krótki: woda AOX, ekstrakt z żurawiny, olej wiesiołkowy i z lnianki siewnej, kwas hialuronowy, ginko biloba, lukrecja oraz kocanka - a wszystko to są surowce pochodzenia naturalnego. Forma opakowania wraz z atomizerem z pompką świetnie razem działają i wydostaje się taka ilość kremu, jaka jest potrzebna. Cena jego jest bardzo wysoka, ale polecam po raz kolejny łapać promocje - mi się udało go zakupić za mniej niż połowę ceny.


Pustaki, czyli zużycia czerwca

Czerwiec pod względem zużywania był dosyć średnim miesiącem. Ale sukcesywnie rozprawiam się z pełnymi szufladami, staram się za wiele nie kupować. Ale wiadomo, jestem tylko kobietą ;) Zapraszam Was na mini recenzje produktów z zeszłego miesiąca.


Balea - żel pod prysznic o zapachu maliny i trawy cytrynowej. No cóż, dziwnie by było, jakby tej firmy w denku nie było, prawda? O tych żelach napisałam już wszystko, zapach bardzo odświeżający, idealny na upały.
Stara Mydlarnia - Provance, czyli żel do kąpieli o zapachu lawendy. Przyznaję bez bicia, że zapach mnie nie powalił, ale na szczęście w kontakcie z wodą tracił na swojej intensywności przez co był całkiem miłym dodatkiem do kąpieli. Wydajny i nie wysuszał skóry.
Rituals - Sakura Scrub, to już kolejny zużyty przeze mnie peeling tego producenta. Działanie rewelacyjne, ale tylko na suchej skórze (na mokrej za szybko się rozpuszcza), świetny zapach. Bardzo polubiłam tą wersję, ale Himalaya chyba jednak nie przebije :)


Balea - szampon truskawkowy to chyba mój zdecydowany faworyt! Zwłaszcza jeśli chodzi o zapach i bardzo żałuję, że była to edycja limitowana. Szampon świetnie oczyszczał włosy, a dodatkowo pozostawiał delikatny i wcale niechemiczny zapach na włosach.
Phenome - Anti Aging Hair Wash. Szampon, który wpadł w moje ręce przez zupełny przypadek - diabelsko wydajny, co prawda konsystencję ma bardzo rzadką, ale nie wpływało to na uciekanie produktu z dłoni. Zapach ziołowy, bardzo charakterystyczny. Świetnie się pienił i pozostawiał włosy tak czyste, że aż skrzypiały. Niestety również delikatnie je wysuszał - jego używanie musiało być połączone z odżywką do włosów.


BeBeauty - Spa, orzeźwiająca sól do kąpieli o zapachu pomarańczy. Przyznaję bez bicia, że ten produkt służył mi tylko i wyłącznie do moczenia stóp. Zapach był dość chemiczny, ale całkiem fajnie nawilżał stopy.
Oriflame - woda toaletowa, nie wiem jak się nazywała, ale reklamowała ją bodajże Ewa Farna ładne kilka lat temu. Zapach był delikatny, kwiatowy, całkiem przyjemny i niesamowicie wydajny.
Vichy - zielona kulka, o niej również już chyba wszystko napisałam.
Phenome - Regenerating Hand Therapy, czyli po prostu regenerujący krem do rąk o zapachu migdałów. Ta wersja bardzo przypadła do gustu mojemu nosowi, dłoniom również. Produkt ma bardzo gęstą i treściwą konsystencję i jest niesamowicie wydajny, a moje ręce bardzo go polubiły.
Próbki: Phenome - Vitality Shine, czyli po prostu rozświetlająca maseczka, którą nakładałam na noc i rano zmywałam wszystko wodą. Buzia po niej była nawilżona, ani trochę nie podrażniona, a nawet lekko rozświetlona. Pat&Rub - Hipoalergiczny Olejek do Kąpieli, ilość olejku była niesamowicie mała, żeby wiele napisać, natomiast dwie ważne rzeczy: zapach - ta seria jest moją zdecydowanie ulubioną! i nawilżenie - nawet tak mała próbka wlana do wanny pełnej wody spowodowała, że moja skóra była cudownie nawilżona.

Chanel / 625 Secret

Lakiery Chanel całkiem niedawno zagościły w moich zbiorach, a już dorobiłam się 3 buteleczek. Pierwszym marzeniem był lakier Secret, który jest jednocześnie dzisiejszym bohaterem. Wypatrzyłam go oczywiście na jednym z blogów i zapragnęłam mieć dla siebie własną buteleczkę.

Odcienie nude uwielbiam i przyznaję mam wiele różnych odcieni, ale ten niesamowicie skradł mi serce. Świetnie wygląda na moich dłoniach - tak delikatnie i schludnie. Poniżej możecie zobaczyć 2 warstwy lakieru pokryte topem Essie Good To Go.




Polish Me Silly (Lush Lacquer) / Glowsticks

Lakiery Polish Me Silly (znane kiedyś jako Lush Lacquer) marzyły mi się od kiedy tylko moje lakieromaniactwo zaczęło się niebezpiecznie powiększać. Odstraszały mnie głównie ceny i słaby dostęp plus to, że nie wiedziałabym, na który kolor się zdecydować. Na szczęście istnieje coś takiego jak blogowe wyprzedaże i dzięki takiej właśnie udało mi się zakupić dwie sztuki topperów. Dziś prezentuję Wam pierwszy z nich - Glowsticks. Jest to przezroczysta baza wypełniona różnokolorowymi elementami. Żeby wydobyć coś więcej aniżeli baza - trzeba bardzo mocno wstrząsnąć buteleczką. Efekt jest zdecydowanie tego wart!

Poniżej możecie zobaczyć jedną warstwę mocno wstrząśniętego Glowsticks na bazie, którą tworzą dwie warstwy Essie Marshmallow. Wszystko zostało pokryte topem Essie Good To Go.







Michael Kors / Fantasy

Dzisiejszy bohater to dla mnie pierwszy raz z kosmetykami Michael Kors. Nigdy nic nie miałam i jakoś szczególnie nie miałam marzeń w tej sferze, ale podczas szału końcoworocznych promocji uległam temu cudakowi.
To piękny, jasnoniebieski lakier z delikatnym shimmerem, który jest widoczny tylko w butelce. Maluje się nim bajecznie - 2 cienkie warstwy w zupełności wystarczą. Na zdjęciach bez topu. Na moich paznokciach bez żadnego uszczerbku wytrzymał 4 dni, później zmyłam, bo jak wiadomo szybko się nudzę ;)




Uwielbiam takie niebieskości!

Pustaki, czyli zużycia maja

Maj wyglądał początkowo na miesiąc posuchy, jeśli chodzi o zużyte kosmetyki. I tak naprawdę dopiero przed samym końcem miesiąca coś się ruszyło i wyszło całkiem sporo produktów. A to oznacza jeszcze większy luz w szufladach z zapasami kosmetycznymi ;)


Żele Balea - wersja waniliowo-kokosowa i wiśniowa. Tych żeli naprawdę nie może zabraknąć i w moich denkach i napisałam już o nich chyba wszystko. 
Żel z oliwką z Lirene to też stały gość w mojej łazience. Uwielbiam zapach i działanie - delikatnie nawilża skórę.


Rzadko kiedy pokazuję puste opakowania po mydłach do rąk, ale to nektarynkowe cudo od Balea zdecydowanie na to zasługuje! Po pierwsze nie wysusza skóry, a po drugie bosko pachnie i jest wydajny. Jak tylko gdzieś znajdziecie, to serdecznie polecam. Naprawdę, musiałam siłą woli się powstrzymywać przed zjedzeniem (a wierzcie mi, kocham nektarynki).
Zmywacz z Essence gości u mnie często, w różnych wersjach zapachowych. Robi to, co ma robić, czyli zmywa lakier i nie wysusza paznokci, ani skórek.


Peelingi z Rituals poznałam dzięki naczelnej kusicielce Megdil, oczywiście po przetestowaniu wersji Himalaya, zapragnęłam innych i udało mi się parę miesięcy temu dorwać trzy różne wersje w czeluściach internetów. Zużyta przeze mnie wersja to Warming Ginger & Fresh Eucalyptus. Zdecydowanie najlepszy jest na suchą skórę, dzięki temu dłużej na niej pozostaje. Właściwości rozgrzewających nie zauważyłam, ale mocny mentolowy zapach dawał powera podczas kąpieli. 
Hipoalergiczna seria Pat&Rub jest chyba moją ulubioną jeśli chodzi o kosmetyki tej firmy. Pomimo dość częstego w ostatnim czasie kontaktu z tym zapachem, wcale mi się nie nudzi. Masło również mi się nie znudziło. Jest mega wydajne, świetnie nawilża skórę.


Markę Phenome poznaję od ponad roku (wiadomo przez kogo!). To, co łączy wszystkie ich kosmetyki, poza naturalnymi składnikami, to wydajność! Cukrowy peeling do dłoni In-A-Minute oraz krem do rąk Anti-Aging pochodzą z tej samej, cukrowej serii, którą uwielbiam i za zapach i za działanie. Ten pierwszy świetnie oczyszcza skórę podczas całego procesu pielęgnacji dłoni, a krem nawilża i nie pozostawia lepkiej warstwy. Chętnie do nich powrócę, jak tylko wykończę tą niekończącą się ilość kremów w mojej szufladzie.


Tonik z Pat&Rub to już moje które, 3 czy 4 opakowanie? Jeśli chodzi o moje zdanie, to nic się w tej kwestii nie zmieniło, świetnie odświeża i oczyszcza skórę. No i jest niesamowicie wydajny, a moja skóra go uwielbia. 
Próbki - uwielbiam i nienawidzę jednocześnie. Uwielbiam - bo mogę przetestować mnóstwo nowych kosmetyków. Nienawidzę - bo większość z nich chcę kupić :D Głównie dotyczy to w tym przypadku próbki kremu do twarzy z Clarins - Daily Energizer Cream, która starczyła mi na jakieś 3-4 użycia. Nie dość, że krem cudownie pachnie, to moja skóra pokochała go od pierwszego użycia. 
Ubiegły miesiąc to była moja pierwsza przygoda z kosmetykami Lulu & Boo, miałam przyjemność używać dwóch kremów do twarzy - Almond & Rosehip Face Cream i Multi-Vitamin Face Cream. Powiem tak, w działaniu były świetne, próbki starczyły mi na wiele użyć, ale te zapachy... Mdlące i drażniące mój nos, niestety również bardzo długo utrzymywały się na skórze, co niestety, pomimo świetnego działania, dyskryminuje je w moich oczach i pełnowymiarowych opakowań na pewno nie kupię. Inaczej jest z Vanilla Sugar Body Scrub, który pachnie przepięknie i w użyciu (tyle ile mogę powiedzieć po tak małej próbce) jest bardzo przyjemny.
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me