Skusiłam się na nie całkiem przypadkiem, z racji tego, że mam dość spory zapas kremów do rąk. Udało mi się trafić na promocję, dzięki czemu nie żałuję, że stałam się ich posiadaczką :)
Mam dwie wersje zapachowe: Paradise (liczi i granat) i Pucker (papaja i czerwony grejpfrut).
Od producenta:
RICH RENEWAL to ultra-nawilżający krem do rąk, stóp i ciała, stworzony by rewitalizować suchą, spierzchniętą skórę. Ta bogata formuła odżywiająca zawiera masło z drzewa shea i kakaowca, aloes i witaminy A i E by wnikać w skórę, odżywiać ją i działać uśmierzająco. Dodatkowo zawiera aromatyczne ekstrakty z liczi i granata (paradise) oraz z papai i czerwonego grejpfruta (pucker), które czynią ciało, dłonie i stopy miękkimi i pachnącymi, bez jakiegokolwiek tłustych pozostałości. [pisownia oryginalna z opakowania]

Oba kremy na pierwszy rzut oka nie różnią się niczym poza zapachem. Nawilżają podobnie, natomiast różnią się konsystencją. Paradise ma bardziej "tępą", co prawda dobrze się rozsmarowuje, ale jest dość dziwna. Pucker ma konsystencję typowo kremową, trochę jak masło. Używam ich tylko do rąk, ponieważ gdybym używała do całego ciała, to w miarę szybko by zniknęły. Do wysmarowania rąk wystarczy niewielka ilość, widoczna na zdjęciu powyżej. Wchłania się błyskawicznie, przez chwilę zostawia wyczuwalny film, natomiast kilku minutach już znika. Skóra dłoni jest długo miękka. Paradise ma delikatniejszy i ulotniejszy zapach, Pucker pachnie głównie grejpfrutem. W przypadku obu już po kilkunastu minutach nie ma śladu po zapachu.
Oba kremy są dobre, choć szału nie zrobiły i chyba ponownie ich już nie zakupię. Jest przecież tyle różnych kremów do wypróbowania... :)
Do kupienia tutaj, cena: 17,99 zł.
Podczas sierpniowego spotkania wrocławskich blogerek w paczce od firmy Tso Moriri dostałam niepozornie wyglądającą pomadkę do ust. Zapakowana w srebrne okrągłe opakowanie na początku mnie nie zainteresowała. Ot pomadka, jak pomadka. A ja średnio lubię takie, co to się w nich paluchem grzebie. Ale! któregoś dnia coś mnie tknęło. Usta miałam suche jak wiór. Dodatkowo niestety mam manię ich obgryzania, co często powoduje spierzchnięcie, ból i dużą suchość ust. Stwierdziłam "co mi szkodzi?" i spróbowałam. I co? I przepadłam. To małe niepozorne cudo robi wszystko to, co taki produkt powinien robić: łagodzi, nawilża, wygładza i daje lekkie nabłyszczenie ust. Co prawda trochę się męczę z zapachem brzoskwini (bo taką wersję posiadam), ale to jej wybaczę :) I od 2 miesięcy jest ze mną w domu, w pracy, u rodziców i w torebce. Jest bardzo wydajna i pomimo, że mizianie paluchem jest mało higieniczne, to na pewno, jak dobiję dna kupię inną wersję zapachową.
Od producenta:
Multiodżywcza naturalna pomadka do usta w swoim składzie zawiera naturalne olej kokosowy i olej migdałowy. Dodatkowo wzbogacona jest woskiem candelilla oraz witaminą E. Zawarty w pomadce filtr UV chroni usta przed szkodliwym promieniowaniem i alergiczną reakcją ust na słońce (opryszczka). Olej kokosowy doskonale nawilża i pielęgnuje skórę, zmiękczające i wygładzające działanie olejku migdałowego zapewniają właściwą pielęgnację ust, które stają się odpowiednio nawilżone i jędrne. Wosk candelilla dodatkowo nawilża i wygładza usta, nadając im delikatny połysk. Witamina E chroni struktury komórki przed uszkadzającym działaniem wolnych rodników i aktywnymi nadtlenkami lipidowymi.
Ingredients: Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Butyrospermum Parkil (Shea Butter) Fruit, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax, Beeswax, Octyldodecanol, Titanum Dioxide, Silica, Tocopheryl Acetate, Aroma, Diethylhexyl Syringylidene Malonate, Caprylic/Capri Triglyceride.
Cena: 16 zł.
Do kupienia: tutaj.
Tytułowe połączenie w wersji smakowej uwielbiam, w wersji zapachowej bardzo lubię. A czy w formie peelingu cukrowego do ciała? O tym się dowiecie :)
Od producenta:
Aromatyczny, owocowy peeling do ciała o kremowej konsystencji. Wyciąg z jabłka działa odświeżająco i przywraca skórze zdrowy, witalny wygląd. Rabarbar neutralizuje wolne rodniki i wzmacnia mechanizmy obronne. Masujące kryształki cukru delikatnie pobudzają mikrokrążenie i w naturalny sposób złuszczają martwy naskórek, a unikalna baza stworzona z połączenia masła Shea i oleju sojowego nadaje skórze gładkość i elastyczność.
Składniki aktywne:
- jabłko - zawiera nawilżające pektyny i dużą ilość kwasów owocowych (AHA), odświeża skórę, dodaje jej witalności i basku, pobudza odnowę komórkową
- rabarbar - bogaty w antyoksydanty; działa przeciwstarzeniowo i wzmacniająco
- olej sojowy, masło Shea, witaminy C i E
Jak widać peeling jest zamknięty w plastikowym słoiku o pojemności 200 ml ze srebrną zakrętką. Samo opakowanie, jak dla mnie jest bardzo schludne i wygodne do używania, ponieważ mogę zużyć cały produkt do ostatniego ziarenka peelingu. Pachnie orzeźwiająco i jednocześnie słodko. Bardzo dobrze oczyszcza skórę, delikatnie ją nawilża (albo może bardziej "delikatnie natłuszcza"), jest wydajny. Minusem jest niestety cena - ok. 50 zł.
INCI/SKŁAD: SUCROSE, GLYCINE SOJA (SOYBEAN) OIL, ETHYLHEXYL COCOATE, CETEARYL, ALCOHOL, BEESWAX, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), GLYCERIN, PYRUS MALUS (APPLE) FRUIT EXTRACT, RHEUM UNDULATUM EXTRACT, TOCOPHERYL, ACETATE, CITRIC ACID, PARFUM, CI 26100.
Chyba już wszyscy słyszeli o okularach od Firmoo. I chyba większość blogerek je ma. Mam je również i ja. Sam kontakt i przesyłka - super. Paczka była w ciągu 2 dni roboczych od otrzymania wiadomości o wysłaniu. Wszyscy chwalą, pochwaliłabym i ja. Tak, jest tu pewne ALE... Niestety nie jestem w stanie nosić tych okularów. Chyba, że zostałabym jednookim piratem, na dodatek prawoocznym.
Po otwarciu przesyłki od razu założyłam okulary na nos. Wszystko wygodne, nic nie ciśnie, leciutkie, ale zupełnie nic nie widziałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy coś źle zrobiłam? Sprawdziłam receptę, sprawdziłam moc moich obecnych okularów (a mam obecnie 2 pary) i sprawdziłam to, co wysłałam do Firmoo. Wszystko było w porządku, a ja dalej nic nie widziałam. Pomyślałam, że może pomyliłam lewe szkło z prawym, więc przykładałam okulary do góry nogami - nic z tego. Aż w końcu wpadłam na pomysł sprawdzenia każdego oka z osobna. I co? Prawe oko super, lewe dupa. Więc niestety, zdjęć mnie w okularach nie będzie, bo źle się w nich czuję. Same oprawki się nie zmarnują, niebawem będę miała badania okresowe w pracy i wykorzystam je do zrobienia szkieł. Do tego czasu leżą zamknięte w bardzo fajnym etui w szufladzie. Materiałowy pokrowiec, śrubki i śrubokręt również.