China Glaze / Surreal Apppeal

Jest tak obrzydliwie gorąco, że wiatrak to za mało. Na dworze 50,9, w domu 28,3. Rozpuszczam się ja, rozpuszczają się moje kocice, które królują na chłodnych kafelkach. W związku z taką temperaturą nie chce się nic, ale paznokcie muszą być pomalowane :) Dlatego dziś pokażę Wam koral od China Glaze - Surreal Appeal. 2 warstwy wystarczą do pełnego pokrycia płytki paznokcia, zmywanie bezproblemowe, kolor piękny, ale! w butelce jest jaśniejszy niż na paznokciach i ten w butelce kolor bardziej do mnie trafia.






Golden Rose / Holiday 61

Nie porzuciłam tematu piasków, zdecydowanie nie :) Często goszczą na moich paznokciach i poza p2 i Barry M zaopatrzyłam się w dwie sztuki piasków od Golden Rose. Po wypłacie wrócę po więcej, zwłaszcza z nowej kolekcji kolorów. Dziś pokazuję Wam cudny niebieski piasek (kobaltowy?). Gości często na moich paznokciach z prostych powodów: mam ostatnio świra na punkcie koloru niebieskiego, szybko schnie, kryje przy 2 warstwach, a na koniec jest bardzo trwały i jak wiem, że nie będę miała czasu na malowanie paznokci, to używam właśnie tego cuda. Zmywanie jest proste - łatwiejsze niż brokatów, nie używam metody foliowej, chociaż z nią jest szybciej ;]






Essie / Funny face

Dzisiaj będzie na różowo, co prawda nie tak słonecznie (zdjęcia robione kilka dni temu), bo we Wrocławiu jest pochmurno i wietrznie. Ale kolor zdecydowanie optymistyczny! Dwie warstwy wystarczą do pełnego krycia, spokojnie wytrzymał 3 dni na moich paznokciach, wytrzymałby pewnie i dłużej, ale ja lubię często zmieniać kolory ;]








Czerwcowe denko

Czas leci nieubłaganie szybko. Dopiero, co wyzerowałam sporo produktów w czerwcu, a już mam kilka pustych opakowań w lipcu. Istne szaleństwo zużywania u mnie trwa.


Żele do kąpieli - malinowo-waniliowy Original Source, który przy dłuższym używaniu robił się bardzo męczący (mówię oczywiście o zapachu), pozostałe właściwości ma takie, jak wszystkie inne żele OS. Kawa od Yves Rocher pachniała obłędnie i bardzo przyjemnie pobudzała, nie wysuszała, ale butelka rozmiarowo i funkcjonalnie to koszmarek, który ciężko się otwiera. Grapefruitowy żel od Marks&Spencer pachniał bardzo naturalnie, ale to jego jedyny plus - mało wydajny, średnio się pienił i trochę wysuszał skórę.


Dyniowy peeling do ciała od AA to moje małe odkrycie. Kupiłam go zupełnie przez przypadek na promocji w Sephorze. Jest delikatny zarówno pod względem zapachu (ledwo wyczuwalny, ale w tym przypadku bardzo mi to odpowiadało), jak i konsystencji, która wbrew pozorom powodowała, że był z niego całkiem miły zdzierak. Bzowy żel od Yves Rocher niestety zapachem nie zbliżył się do mojego ulubionego zapachu bzu (porównywałam z moim przydomowym bzem), ale było całkiem blisko. Poza zapachem mnie jakoś szczególnie nie powalił. Marakuja i kokos od Isany to chyba zeszłoroczna letnia edycja, która zalegała u mnie w szufladzie. Dla mnie wszystkie żele Isany są do siebie podobne - ładnie pachną w butelce, poza nią praktycznie nic nie czuć, pieni się w miarę ok, jest wydajny i niedrogi, a także nie wysusza skóry.


Peeling do dłoni od Synesis był moim pierwszym kosmetykiem tej firmy, który kupiłam zdecydowanie z czystej ciekawości. Żeby go użyć musiałam porządnie wymieszać zawartość butelki i nałożyć na ręce. Pomimo kłopotliwości w aplikacji, samo działanie oceniam na duży plus, bo ręce były po nim bardzo miękkie i gładkie, a sam produkt bardzo wydajny. Dwa ostatnie produkty od Marks&Spencer w moich zasobach - żel do rąk i balsam do ciała. O ile jeszcze żel był przyjemny i całkiem wydajny, to balsam to był koszmar. Zapach sztuczny, konsystencja lejąca, kiepskie nawilżanie. Jego zużycie to była moja zmora, ale cieszę się, że już go wykończyłam.


Kulka energy fresh od Nivea to mój ulubieniec obok kulki Vichy, stale i niezmiennie, więc szkoda więcej pisać :) Antidral to koszmarek, który wyrzuciłam, pomimo, że nie zużyłam do końca - nie działał wogóle, na szczęście nie podrażniał skóry. Dezodorant od Garniera leżał w szufladzie biurka w pracy i nie wiem zupełnie, co tam robił, wykończyłam go, ale szału nie zrobił.


Krem do rąk z 5% urea od Isany to jeden z lepszych kremów do rąk, które używałam. Ma gęstą i treściwą konsystencję, dość długo się wchłania, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ świetnie nawilżał moje dłonie na długi czas. Smrodek od The Body Shop, no inaczej nazwać go nie mogę, bo śmierdzi przeraźliwie ziołami, ale działanie bardzo dobre. Przez jego gęstą konsystencję używałam go tylko na noc.


Miniatury produktów - Isana, żel pod prysznic i 2 szampony od Syoss. Szału nie zrobiły, ale przy tak małych pojemnościach ciężko jest napisać cokolwiek więcej.


Plaster na nos od Revitale - już nie raz o nich pisałam, jest ok, ale jak wykończę je to na pewno ich więcej nie kupię. Pomadki od Alverde - mandarynka z wanilią i rumianek to moje ulubione mazidła do ust (postaram się napisać niebawem pełną recenzję). Kupiłam je ponownie i nie żałuję tych zakupów, żałuję tylko, że nie ma u nas do nich stacjonarnego dostępu. Malinowa pomadka od Oeparol to mój koszmar czerwca. Dawno nie używałam takiego paskudztwa do ust - mega tłuste i okropnie śmierdzące, nie byłam w stanie zużyć go do końca, a wersja z owoców leśnych była rewelacyjna.


No w końcu mogę się pochwalić wykończonymi lakierami do paznokci :) Inglot nr 342 był chyba moim pierwszym lakierem do paznokci, do którego wrócę z pewnością z nową butelką. Walk of fame od Essence to zwykły brązik, który szybko się wykończył - nic specjalnego. Odżywka 2000 Microcell uratowała mi paznokcie. Ta niewinnie mała buteleczka starczyła mi na bardzo długo. Jak znajdę w przyjaznej cenie pełne opakowanie to chętnie kupię. Kultowy top od Seche Vite - zużyłam do ostatniej kropli, którą mogłam wydostać. Zgęstniał, ale od czego jest Seche Restore? :)

p2 / happy bride

Jedyny lakier kremowy zza naszej zachodniej granicy (pozostałe to piaski rzecz jasna) w mojej mini kolekcji. Pełne krycie osiągnęłam przy 2 warstwach, trzyma się całkiem nieźle, ale nie wiem jak z wysychaniem, bo tu pomógł mi niezawodny Seche Vite :]









Essie / maximillian strasse her

Na ten lakier (oraz na Go Ginza) czaiłam się dość długo. Pal licho, że się czaiłam, ale jak już chciałam je mieć to nigdzie ich nie było. W końcu się udało i są u mnie.
Maximillian strasse her to mieszanka zielonego i szarego, jest tak brzydki, że aż piękny :] Dla małego urozmaicenia dodałam wzorek, który podpatrzyłam u Obsession (banalny dodam!).






Majowe denko

Ten czas leci tak szybko, że ledwo się obejrzałam, a już jest czerwiec. Chociaż za oknem jest chyba październik - zimno, buro i mokro. A im gorsza pogoda, tym więcej roboty w pracy.

Ale co, jak co, denko musi być. Zużywam sumiennie i sumiennie szuflady zapełniam :) równowaga w naturze musi być, ale o tym innym razem.


Żele Original Source, o których pisałam tutaj. Lubię je, są w miarę tanie i pewnie do nich wrócę. Nie wiem czy akurat do tych zapachów, ale do samej formuły.


Płyn do kąpieli z Luksji o zapachu wiśniowej tarty dobrze się pienił, pachniał obłędnie i w butelce i w wannie, a wodę barwił lekko na czerwono. Rozgrzewający olejek do kąpieli Pat&Rub to miły dodatek do kąpieli. Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego rozgrzania podczas relaksu w wannie, ale za to skóra po kąpieli z nim była przyjemnie nawilżona (nie tłusta!) i delikatnie pachniała. Idealny zapach na jesień/zimę. Peeling cukrowy z Farmony - czekolada i pistacja. Przepyszne połączenie i dobre działanie. Uważam go za średni zdzierak, ale takie właśnie lubię. Zostawiał skórę przyjemnie nawilżoną i delikatnie pachnącą. Nie podrażniał i jest bardzo wydajny. Na pewno do niego wrócę, jak tylko zużyję obecne zapasy peelingowe.


Szampon bananowy z The Body Shop, zdania o nim nie zmieniłam i nadal bardzo go lubię. Mam w zapasie jedną butlę i jak tylko go gdzieś dorwę to znów zrobię zapas, bo bez niego nie wyobrażam sobie mycia włosów. Więcej z recenzji tutaj. Szampon witaminowy z Balea. Na początku nie powalił mnie, ale im dłużej go używałam, tym bardziej go polubiłam. Świetnie się pienił, pachniał sokiem typu multiwitamina i przede wszystkim rewelacyjnie oczyszczał włosy. Dobrze się rozczesywały bez użycia odżywki i trzymały dość długo świeżość (jak na moje kłaki). Ostatnią butelkę kultowej i nie do kupienia odżywki z olejkiem z Babassu z Isany dawkowałam sobie bardzo umiarkowanie i żal mi było wyciskać ją do samego końca. Odżywka świetna dla moich włosów, szukam jej zamiennika. Płukanka malinowa z Yves Rocher ma niejedną fankę, ja do nich dołączam. Poza zapachem, który jest oczywiście na plus, sprawiał, że włosy świetnie się rozczesywały. Zapach niestety nie utrzymywał się na włosach. Dodatkowo muszę zaznaczyć, że nie przetłuścił mi włosów. Lejąc go z butelki otrzymamy bardzo nieekonomiczny produkt, wystarczy przelać do butelki ze spryskiwaczem i mamy płukankę na dłuuuugi czas (jak to w moim przypadku). Cena nie jest najniższa, ale patrząc na tą wydajność po przelaniu do innego opakowania to się opłaca.


Zmywacz do paznokci z Essence to taka mała zdrada ulubionego zmywacza z Sensique. Zdrada, z której jestem bardzo zadowolona! Wydajny, nie wysusza skórek, nie miał zbyt uciążliwego zapachu, dobrze zmywał i się nie kleił. Kosztował grosze i na pewno poszukam kolejnych butelek. Olejku z papai z Alterry używałam tylko i wyłącznie do peelingu dłoni dodając odrobinę cukru. Świetnie nawilżał ręce i pozostawiał je długo miękkie i gładkie. Regularne używanie poprawiło zdecydowanie kondycję moich dłoni. Płatki kosmetyczne z Cleanic (kwadratowe) są idealne do zmywania makijażu - nie podrażniają i jeden wacik wystarczy na całą twarz. Ich zapas zawsze mam w szufladzie. Peelingu enzymatycznego z Biochemii Urody niestety nie udało mi się zużyć w całości, a wyrzuciłam go tylko z powodu końca terminu ważności. Więcej w recenzji tutaj. I na koniec dwa poskramiacze paskudztw na nosie - Revital i Nivea. Oba dobrze oczyszczają nos, co prawda pozostawiają lekko lepką warstwę, ale da się to bez problemu zmyć płynem micelarnym.

I to by było na tyle. Patrząc na te puste opakowania mogę stwierdzić, że maj był miesiącem kąpania i mycia włosów :D
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me