The Balm Mary-Lou Manizer

Makijażowym geniuszem nie jestem, daleko mi do ideału jeśli chodzi o malowanie. Od jakiegoś czasu maluję się częściej, przez co mam coraz większe doświadczenie i wiem, co do mnie pasuje, a co nie. I tak też uważałam, że rozświetlacz mi do szczęścia nie jest potrzebny, że to szkoda pieniędzy. I tak to na jednym blogu była Mary-Lou Manizer, to na drugim, to na trzecim i to opakowanie! Przepadłam całkowicie! I jak już się napaliłam to nigdzie go nie było. Zapomniałam o nim na chwilę, ktoś gdzieś o nim przypomniał i w ruch poszedł mój detektywistyczny zapał i znalazłam ostatnią sztukę! I powiem tak: nie wiem, jak mogłam do tej pory się bez niego obejść?! Używam przy każdym makijażu i jestem nim oczarowana! Więcej paplaniny nie będzie, pooglądajcie sobie zdjęcia :]








INGREDIENTS: MICA, ISOEICOSANE, POLYETHYLENE, BORON NITRIDE, POLYISOBUTENE, PTFE, SILICA, SYNTHETIC WAX, DIMETHICONE, TITANIUM DIOXIDE (CI 77891), IRON OXIDES (CI 77491).

Dermedic Hydrain2 - krem nawilżający o przedłużonym działaniu

W okresie jesienno-zimowym skóra mojej twarzy to jedna wielka Sahara. Dlatego musiałam poszukać czegoś, co ukoi moją napiętą z suchości skórę. Najpierw próbowałam walczyć używając serum Flavo-C, o którym pisałam tutaj. Jednak serum to było za mało. I przez przypadek w SuperPharm w moje łapki wpadł tytułowy krem Dermedic Hydrain2 - krem nawilżający o przedłużonym działaniu. Wzięłam go, bo skusiła mnie ówczesna cena promocyjna wynosząca 9,90 zł (normalnie kosztuje z tego, co pamiętam ok. 50 zł). Odleżał swoje i poszedł w ruch.


Od producenta:

Działanie: Krem o potrójnym działaniu nawilżającym bezpośrednio wiąże i zatrzymuje cząsteczki wody w głębokich warstwach naskórka oraz hamuje jej parowanie z powierzchni skóry. Łagodzi podrażnienia spowodowane czynnikami zewnętrznymi. W widoczny sposób zmniejsza zaczerwienienia i wygładza naskórek. Neutralizuje wolne rodniki.

Polecany dla: Skóra odwodniona, sucha, wrażliwa, nietolerująca tradycyjnych kosmetyków. Może być stosowany podczas leczenia trądziku różowego i młodzieńczego.

Sposób użycia: Stosować rano i wieczorem, a w razie potrzeby częściej na twarz, szyję i dekolt.


Krem zamknięty jest szklanym słoiczku zapakowanym w kartonik (pojemność podana na opakowaniu to 50 g). Sam słoiczek jest mało higieniczny, ale ma założone sreberko chroniące, więc wiem, że nikt wcześniej nie grzebał w nim swoim paluchem.

Konsystencja jest gęsta i treściwa, ale dobrze rozprowadza się na skórze. Przez treściwość tego kremu  nie używałam go rano, ze względu na dość długi czas wchłaniania. Zwłaszcza, że nie oszczędzałam sobie go w nakładaniu. Stosowałam go tylko wieczorem i ewentualnie w ciągu dnia kiedy miałam wolne. Krem ma lekki zapach. Ciężko mi dokładnie stwierdzić, czy jest on bardziej owocowy, czy kwiatowy (z zapaleniem zatok stwierdzić jest to jeszcze ciężej :]). Na początku mi przeszkadzał, a po pewnym czasie używania przestałam go wyczuwać.

A jak z działaniem? Moja skóra dosłownie go wypijała. Zdarzały się dni kiedy musiałam raz za razem nakładać go na twarz, bo była tak sucha, że każda poprzednia warstwa natychmiastowo się wchłaniała.  Nie zauważyłam tego, o czym pisze producent: łagodzenie podrażnień spowodowanych czynnikami zewnętrznymi (może dlatego, że stosowałam go tylko na noc?) oraz zmniejszenia zaczerwienień. Co prawda jak się pojawiały to rzadko i mniejsze niż zwykle, ale nie wiem, czy to jest jego zasługa, czy wcześniej opisywanego serum Flavo-C.

Nadal szukam kremu idealnego w kwestii nawilżania i tego, jak szybko będzie się wchłaniał. Następny w użyciu będzie Dermedic Hydrain3, którego jestem bardzo ciekawa.


SKŁADNIKI: AQUA, PARAFFINUM LIQUIDUM, GLYCERIN, METHYLPROPANEDIOL, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), CYCLOPENTASILOXANE (AND) DIMETHICONOL, UREA, PEG - 100 STEARATE (AND) GLYCERYL STEARATE, CETYL ALCOHOL, STEARIC ACID, TOCOPHERYL ACETATE, TRIETHANOLAMINE, ACRYLATES /C10 - 30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, XANTHAN GUM, DMDM HYDANTOIN (AND) METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE (AND) METHYLOISOTHIAZOLINONE, EDTA, PARFUM.

Auriga Flavo-C serum

Serum Flavo-C firmy Auriga kupiłam jeszcze w listopadzie zeszłego roku. Było to moje drugie podejście do serum do twarzy (pierwsze z Biochemii Urody zakończyło się klapą) i mam, co do niego mieszane uczucia.

Na początku zaznaczę, że zaczęłam używać serum z witaminą C, ponieważ poleciła mi to dermatolog podczas badania mojej skóry. Miałam go używać w sezonie jesienno-zimowym w połączeniu z kremem z witaminą C (ta historia będzie kiedy indziej). Sama raczej nie pomyślałabym o tym, żeby używać jakiegokolwiek serum, bo nie czułam takiej potrzeby (nie zauważyłam u siebie zmarszczek, a i aż tak stara jeszcze nie jestem :]).


Od producenta:
Flavo-C Serum zapobiega procesowi starzenia się skóry dzięki zawartości 8% kwasu L-askrobinowego i 30% Ginkgo Biloba.

Sposób użycia: 
Stosować rano i wieczorem aplikując preparat na wybrane obszary ciała (twarz, wierzch dłoni, dekoltu).

Termin przydatności do zużycia - 3 miesiące od otwarcia.


Serum dostajemy w ciemnozielonej buteleczce (mój K. twierdzi, że kolor ma jak butelka piwa ;])z aplikatorem w formie pipetki, zapakowana jest w zaklejony kartonik, dzięki czemu wiem, że nikt mi w tym nie grzebał (jestem ostatnio wyczulona na tym punkcie). W środku pudełka mamy zapakowaną ulotkę w kilku, jak nie kilkunastu językach, tam do poczytania jest oczywiście więcej niż na opakowaniu. Butelka zawiera 15 ml płynu w kolorze bursztyny (K. - piwa), konsystencja jest rzadka, pachnie dla mnie... aptecznie (nie wiem, czy jest takie słowo, ale myślę, że chyba wiecie, o co mi chodzi?). Serum przypomina mi bardziej olejek niż jakikolwiek inny płyn, ale nie pozostawia po sobie tłustych warstw.

Pomimo zalecenia o stosowaniu go 2 razy dziennie, zaniechałam tą metodę. Z prostego powodu - dość długo się wchłaniał i pozostawiał lekko "lepką" skórę, ciężko byłoby mi od razu pomalować się, a czasu rano z reguły za wiele nie mam. Dlatego w dzień używałam go tylko, jak miałam wolne, albo miałam późniejszą zmianę, a tak to praktycznie codziennie (skleroza zapomina o regularności) używałam go na noc. Najpierw oczyszczałam twarz z makijażu i dopiero po jakimś czasie stosowałam serum, z reguły przed samym spaniem. 

Na początku budziłam się rano z buzią gładką, jak pupcia niemowlaczka. Z czasem, nie wiem, czy moja skóra zaczęła się przyzwyczajać, czułam, że jest przesuszona. Od początku roku stosowałam go razem z kremem Dermedic Hydrain 2 (o tym też będzie innym razem) i to zdecydowanie pomagało.

Liczyłam trochę na rozjaśnienie niedużych przebarwień, które mam na policzkach. Wydawało mi się na początku (albo był to efekt placebo, niestety nie wpadłam na to żeby zrobić zdjęcia "przed" i "po"), że Flavo-C rozjaśniło newralgiczne miejsca, ale po dłuższym czasie używania ten efekt zniknął. Dodam, że nie zmieniałam dodatkowo nic w codziennej pielęgnacji.

Samo serum jest bardzo wydajne (przynajmniej przy stosowaniu raz dziennie), wystarczyła niewielka ilość na użycie na buzię (połowę mniej niż jest w pipetce na zdjęciu). Serum używałam od ok. połowy listopada do teraz, czyli praktycznie całe 3 miesiące, jak jest zdatny do użytku od momentu otwarcia. Gdybym używała go zgodnie z zaleceniem - połowę krócej.

Nie wiem, czy do niego wrócę. Będę pewnie poszukiwała czegoś tańszego i lepiej działającego. Ale to dopiero na jesień.


Dostępność: swój kupiłam w Super-Pharm (nie wiem, gdzie jeszcze można je dostać).
Cena: w promocji 51,99 zł, bez promocji 79,99 zł.

INGREDIENTS: Aqua, Ginkgo Biloba, Ascorbic Acid, Butylene Glycol, Polysorbate 20, Polysorbate 80, Imidazolidinyl Urea.

Kąpielowe umilacze

Kilka osób zauważyło, przy poście o denkowym styczniu, że lubię zapachy spożywcze w kosmetykach do kąpieli. No nie da się ukryć. Uwielbiam wszystko, co ładnie pachnie i najlepiej jest słodkie. Ale jakbym zjadała te wszystkie słodkości, na które mam ochotę to bym się nie mieściła we własnym mieszkaniu :) Dlatego lubię zaopatrywać się w kąpielowe umilacze, które pachną przesłodko i apetycznie, robią dużą pianę i relaksują w kąpieli. Poniżej kilka takich smakołyków, dobrze, że od wąchania nie wchłaniam kalorii :)

Na pierwszy rzut idzie zawartość paczki, którą dostałam od Original Source w ramach udziału w HexxBox'ie. W środku znalazłam 2 żele pod prysznic: Lemon & Tea Tree i Chocolate & Mint oraz płyn do kąpieli Mango & Macadamia, który już miałam okazję używać.



Następnie przychodzi kolej na smakowite nowości do kąpieli od Luksji w wersji XXL. Do tej pory miałam płyn o zapachu czekoladowo-pomarańczowym i bardzo go polubiłam. Mam nadzieję, że z poniższą czwórką będzie podobnie. Przed Wami: Lemon Pie, Blueberry Muffin, Cherry Tort i Caramel Waffel.




Na sam deser zostawiłam coś, co wogle nie nadawałoby się do jedzenia. Wąchać mogę cały czas i kojarzy mi się z wiosną, za którą bardzo tęsknię. Kąpiel solankowa jodowo-bromowa o zapachu bzu z Joanny. Bez kocham, a ten płyn pachnie dokładnie jak bez!


Styczniowe denko

Melduję, że żyję. Po prostu ciężko mi się ostatnio ogarnąć ze wszystkim, a doba ma zdecydowanie za mało godzin, a ja za mało czasu dla siebie. Do tego jeszcze było zapalenie ucha, które nie chce mnie zostawić w spokoju. Ale mam nadzieję, że w ten weekend (no dobra, przez jego jeszcze połowę) się ogarnę i będę tu częściej :)

Puste opakowania zawsze mnie radują, bo wiem, że mogę je w końcu zastąpić czymś innym (staram się wykańczać wszystko na bieżąco). Ale do rzeczy!


1. The Body Shop - czekoladowy (!) żel do kąpieli. Pachnie obłędnie czekoladą, bardziej gorzką niż słodką. Świetnie się pieni, nie wysusza skóry. No i zapach, który roznosi się po mieszkaniu i pozostaje na skórze. Zdecydowany umilacz zimowych wieczorów :) Taką czekoladę można używać bez obaw o dodatkowe kalorie! :)
2. Yves Rocher - kremowy żel do kąpieli o zapachu ananasa i kokosa. Cudowny wakacyjny zapach, który od razu odpędza myśli o zimie i przywołuje te o lecie. Dobrze się pienił, nie wysuszał skóry, ale zapach na niej nie pozostawał. Edycja limitowana, więc pewnie nie ma go już w sprzedaży.
3. Yves Rocher - żel do kąpieli o zapachu pieczonego jabłka w karmelu. Właściwości ma podobne do swojego kolegi. Zapach równie piękny, z tym, że nie czuć karmelu, a lekko kwaskowate jabłko. Świetny zapach! Również edycja limitowana.
4. Original Source - żel do kąpieli z nowej, sweterkowej edycji - Orange & Liquorce. W butelce pachnie obłędnie, trochę nawet za słodko, niestety w wannie nie czuć już nic. Pieni się dobrze, ale brak zapachu zdecydowanie nie umila kąpieli.


5. Eveline - peeling - masaż pod prysznic. Okropny, przeokropny żelowy glut z niewyczuwalnymi drobinkami. Nie robił nic poza pienieniem się na skórze. Zapach to sama chemia, bardzo wydajny, tak bardzo, że aż za bardzo. Więcej tego grzechu nie popełnię.
6. Marks&Spencer - mydło w płynie do rąk o zapachu grejpfrutowym. Dostałam go na otwarciu nowego sklepu Marks&Spencer we Wrocławiu. Szału nie zrobił na mnie, dobrze mył ręce, nie wysuszał ich, był wydajny. Sama go raczej bym nie kupiła.


7. Sensique - zmywacz do paznokci o zapachu kiwi. Tego pana przedstawiać nie muszę, bo już tak często pojawiał się w moich denkowych podsumowaniach, zmieniam tylko wersje zapachowe. Kolejna butla już w użyciu.
8. Isana - krem do rąk kwiat pomarańczy. Nie wiem, czy tak rzeczywiście pachnie kwiat pomarańczy, ale zapach mi się podobał. Krem był lekki, szybko się wchłaniał, do tego bardzo wydajny. Używałam go w pracy, od razu po posmarowaniu mogłam używać klawiatury. Tak błyskawiczne wchłanianie połączone z nawilżaniem przy mojej pracy jest bardzo pożądane. Szkoda, że to edycja limitowana.
9. Cleanic - bawełniane płatki kosmetyczne. Nie zdarzyło mi się do tej pory pisać o wacikach, bo nie czułam takiej potrzeby. W przypadku tej wersji (Silk Effect) mam mieszane uczucia. Niby były fajne, duże, ale tak rozwarstwiały się przy wyjmowaniu z opakowania, że nie jestem im w stanie tego wybaczyć. Do tej wersji już na pewno nie wrócę.


10. Eveline - masło do ciała Zniewalający Cynamon. Zniewalający był zdecydowanie zapach. Dla mojej wymagającej skóry nawilżenie było średnie i raczej krótkotrwałe. Ale za to zapach wszystko mi rekompensował i długo utrzymywał się na skórze.
11. Eveline - krem wyszczuplający + ujędrniający antycellulit. Pic na wode, fotomontaż. Nie wierzę w cudotwrócze kosmetyki, ale ten nie robił po prostu nic.
12. BingoSpa - balsam do stóp, o którym pisałam tutaj.

BingoSpa - balsam do stóp ze skłonnościami do pocenia

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, iż o tej porze roku stopy się raczej nie pocą (w moich Emu na pewno nie). Kremu (balsamu) używałam w porze letniej, rzuciłam go w kąt podczas przeprowadzki i niedawno się na niego natknęłam. Zostało mi tyle ile widać w słoiczku i raczej tego nie skończę. Mam odrzut od tego produktu. A dlaczego? O tym poniżej.


Od producenta:

Na stopach nie ma gruczołów łojowych (dlatego skóra ma tendencję do przesuszania), ale jest bardzo dużo gruczołów potowych. Gdy jest gorąco, nosimy nieprzewiewne buty i skarpety ze sztucznego tworzywa - stopy pocą się ponad miarę. Pot sam w sobie jest bezwonny; przykry zapach pojawia się dopiero pod wpływem działania bakterii.
Nadmiernemu poceniu się stóp czynnikami zewnętrznymi, sprzyja np. nadczynność tarczycy, silne emocje, zaburzenia hormonalne towarzyszące menopauzie. 

Balsam BingoSpa zawiera wosk pszczeli, mentol, cynk, wazelinę. Odświeża skórę stóp, zmniejsza pocenie się stóp i hamuje rozwój bakterii powodujących przykry zapach.


Zawartość aktywnych składników w opakowaniu balsamu BingoSpa:

Olejek miętowy.........1800 mg
Tlenek cynku............1200 mg
Wosk pszczeli.............300 mg
Aseptina A,M,P...........210 mg


Balsam zamknięty jest w 100g plastikowym słoiczku, które pomimo przerzucania z kąta w kąt jest całe. Po odkręceniu wieczka od razu w nasz nos uderza zapach mięty. Pachnie zupełnie naturalnie, przypomina mi po prostu miętową herbatę. Konsystencja jest grudkowata, krem (balsam) jest wydajny. Po użyciu czuć chłodzenie stóp (używałam go tylko w lecie). I to by było na tyle z plusów. Główny minus to taki, że pomimo posmarowania stóp wieczorem niby miałam odczucie, że krem się wchłonął. Nic bardziej mylnego! Do tej pory pamiętam jak założyłam sandały i moja noga dosłownie latała w nich, obawiałam się, że urwą mi się paski. Przez to miałam wrażenie, że stopy pocą się jeszcze bardziej niż zwykle. Próbowałam używać mniejszej ilości - bez zmian. 

Jego końcówka ląduje w koszu, chociaż bardzo nie lubię wyrzucać czegoś, co można by jeszcze użyć. Ale nie jestem w stanie wybaczyć mu tego ślizgania w butach.

Cena: 10 zł, pojemność: 100g, do kupienia tutaj.

INGREDIENTS: Aqua, Elaesis Guineensis, Petrolatum, Cetyl Alcohol, Propylene Glycol, Paraffinum Liquidum, Peppermint Oil, Zinc Oxide, 1 Heksadecanol 1 Octadecanol (miksture), Glycerin Monostearate SE, Cera Alba, Fertilizer Urea, Paraffinum Cellulose Gum, Sodium Benzoate, Methyl Paraben, Ethyl Paraben, Propyl Paraben, Citric Acid.

Zakupowo - paczkowo, czyli, co mi przybyło pod koniec roku

Miałam się wstrzymać w grudniu z kupowaniem kosmetyków, w końcu praktycznie każdy kosmetyk mam w zapasie. Nie mogłam jednak nie ulec albo promocjom, albo mojemu zakupoholizmowi :)

I w ten sposób, gdy tylko dowiedziałam się o promocji w Sephorze - 30% na kolorówkę, biłam się z myślami. Od dawna marzył mi się róż z Benefitu Hervana, marzył to mało powiedziane, śnił mi się po nocach! Długo ze sobą walczyłam i zdecydowałam. W tej chwili ani trochę nie żałuje i szczerzę się do mojego nowego nabytku, jak głupi do sera :] Ale nie poprzestałam tylko na różu Hervana, skusiłam się również na błyszczyk z Benefitu - Dandelion, a przy kasie dopatrzyłam się promocji na peeling z AA, więc postanowiłam go wypróbować.

Benefit róż Hervana - przed zniżką 145 zł, po zniżce 101,5 zł; Benefit błyszczyk Dandelion - przed zniżką 75 zł, po zniżce 52,5 zł; AA Eco Peeling do ciała - cena 19 zł.

Skusiłam się również na kolejne lakiery Golden Rose, kilka z kolekcji Jolly Jewels, kilka z Rich Color. Na zdjęciu nie ma wszystkich, ponieważ dwa kolory to totalny niewypał, ale ciężko było to ocenić po kolorach w sklepie internetowym.

Góra od lewej strony: Jolly Jewels nr 108 i 105, Rich Color nr 16. Dół od lewej strony: Rich Color nr 05 i 27.

Żeby nie lakierów nie było za mało, to skusiłam się na kilka sztuk z Colour Alike, 2 lakiery z kolekcji LDZ, jeden zmieniający kolor w zależności od światła oraz gratis od sklepu.

Od lewej: LDZ - 475 Szarość dnia i 470 Biała Fabryka, 209 Densifiołek i Utwardzacz Diamentowy jako gratis.

Nie mogłam nie skusić się na nowe masełka do ust Nivea - zakupiłam w promocji w Drogerii Natura. Jedyne zapachy jakie wtedy były jeszcze dostępne to malina i karmel. Pachną obłędnie!


Od Bambi dostałam paczuchę z kilkoma smakołykami, z których i tak najbardziej podobają mi się plastry z wizerunkiem Bambi :D


I z mało kosmetycznych rzeczy jedyny mój łup ciuchowy. Zaraz po świętach udałam się na zakupy wyprzedażowe, miałam nadzieję kupić jakieś ciuchy w przyjemnych cenach, ale po pierwsze kolejki do kas zdecydowanie mnie zniechęcały, po drugie tłumy w kolejkach do przymierzalni były gigantyczne, a po trzecie nie znalazłam nic, co koniecznie chciałabym mieć. W oko wpadł mi tylko łososiowy sweterek w paski, był z najnowszej kolekcji, więc zapłaciłam za niego pełną cenę. Zakupiony w C&A za 44,90 zł.


No to teraz zaciskam pasa i muszę się mocno postarać, żeby nic w styczniu nie kupić :]
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me