OPI - Pedal Faster Suzi!

Od dawna miałam oooooogromną ochotę na jakikolwiek lakier OPI. Takiej ochoty narobiła mi niedobra Obsession, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy ;) Skutkowało to tym, że od kilku tygodni oglądam gdzie się da lakiery tej firmy, wybrałam się również do Douglasa i Sephory. I tam właśnie zauroczył mnie jeden z lakierów. Nie kupiłam go od razu, ale w związku z tym, że śnił mi się po nocach, stwierdziłam, że muszę go mieć!


I tak też stałam się posiadaczką różowego lakieru z drobnymi świecącymi drobinkami, których niestety nie udało mi się na zdjęciach uchwycić - Pedal Faster Suzi!







Wszystko, co dobre szybko się kończy...

... niestety.


Mowa tu o moim ulubionym kremie, który w miniony weekend dobił końca. Dosłownie.


Krem kupiłam w TBS na przecenie, o której pisałam tutaj. Po pierwszym wąchnięciu nie polubiłam go. W związku z tym stwierdziłam, że skoro ma najgorszy zapach z całej trójcy, to zużyję go szybciutko jako pierwszy. I co? I jak posmarowałam nimi ręce, to odleciałam! Ręce cały czas wąchałam i wąchałam... aż zasnęłam. I to była miłość od pierwszego niuchnięcia!






Opisu producenta na pudełku, ani na tubce nie znalazłam. Więc go Wam sama po krótce opiszę.


Po pierwsze: opakowanie - mała, poręczna plastikowa tubka zawierająca (tylko) 30 ml kremu.


Po drugie: konsystencja - gęsty, treściwy krem w kolorze kremu :)


Po trzecie: ZAPACH! - nie pachnie mi to na pewno imbirem, ale czymś na pewno pachnie, i to jak! Ni to słodko, ni trochę pikantnie. Jest idealny.


Po czwarte: działanie - bardzo fajnie nawilżał moje ręce przez całą zimę. Nie pozostawiał po sobie tłustego filmu, ale czułam, że miałam posmarowane i nawilżone dłonie.


Po piąte: wydajność - ciężko mi to dokładnie stwierdzić. Kupiłam go w styczniu, wykończyłam dopiero w miniony weekend. Używałam go głównie wieczorami i na noc. Czasami zapominałam, czasami tylko go wąchałam ( ;) ). Ale pomimo to uważam, że był wydajny.


Po szóste: dostępność - The Body Shop. Niestety była to edycja świąteczna, więc po cichu liczę na to, że pod koniec roku znów się pojawi.


Pozostało mi teraz zużyć żurawinowy i waniliowy i liczyć na wypuszczenie go ponownie. Gdyby był teraz dostępny, kupiła bym na pewno od razu kilka sztuk. Choćby dla samego zapachu.

Bioderma - krem do twarzy

Podczas mroźnych dni, które tej zimy jednak były, potrzebowałam kremu, który nie tyle co ochroni moją buzię przed zimnem, ale zniweluje okropne rumieńce podczas zmiany temperatury (wchodzenie z zimnego do ciepłego). Przez przypadek znalazłam gdzieś porównanie kremów dla skóry wrażliwej, właśnie na zimę. Mój wybór padł na krem Bioderma Sensibio AR, krem aktywny do skóry z problemami naczynkowymi.




Opis producenta:


Wskazania:


  • pielęgnacja skóry wrażliwej
  • okresowe zaczerwienienie skóry twarzy, pojawiające się pod wpływem nagłych zmian temperatury, silnych emocji, ogrzewania, alkoholu, pikantnych potrwa itp.
  • trwałe zaczerwienienie skóry twarzy (widoczne, rozszerzone naczynka)
Działanie:
  • czynniki o działaniu łagodzącym niwelują zaczerwienienie i uczucie pieczenia (enoxolon, alantoina, olej kanola)
  • dzięki patentowi Rosactiv® krem Sensibio AR chroni i uszczelnia naczynka krwionośne oraz przeciwdziała powstawaniu trwałego zaczerwienienia
  • stosowany codziennie, Sensibio AR zmniejsza stopień i częstotliwość pojawiania się rumienia
  • czynniki nawilżające i wzmacniające przywracają komfort skórze (gliceryna, fitosterole z awokado)
  • bardzo dobrze tolerowany, bezzapachowy
  • przyjemna, lekka konsystencja
Sposób użycia:

Nakładać 1 lub 2 razy dziennie na dokładnie oczyszczoną skórę (najlepiej przy użyciu płynu micelarnego Sensibio H20)

Opakowanie:
40 ml tubka z kremem zapakowana oryginalnie do kartonowego pudełka. Tubka jest zakręcana solidną zakrętką (noszę go zawsze w torebce i pomimo wielu rzeczy w niej, nigdy się nie odkręciła!).

Zapach:
Tak, jak zaznaczył producent - krem jest bezzapachowy.

Konsystencja:
Lekka, przyjemna, łatwo się wchłania przez co nadaje się pod makijaż.

Działanie:
Krem jest r e w e l a c y j n y! 
Po pierwsze - podczas dosyć sporych mrozów minionej zimy używałam go tuż przed wyjściem z domu i później przed wyjściem z pracy. Po pobycie na dworze i wejściu do ciepłego tramwaju/autobusu/pomieszczenia nie miałam wypieków, a jak już się zdarzyły to były ledwo widoczne, ale zupełnie nieodczuwalne! Fakt faktem, konsystencja jest delikatna i czułam, że jest mi trochę zimno w buzię, ale było to do przeżycia. 
Po drugie - używałam kremu podczas najzwyklejszego na świecie zgrzania. Zdarza mi się czasami biegać po mieście, wchodzić z chłodnego dworu do nagrzanego pomieszczenia i tak w kółko. Miałam tak dziś i w momencie kiedy chciałam odetchnąć wyszły dwa okropne różowe placki na policzkach. A przez brak makijażu wyglądałam delikatnie mówiąc komicznie. Szybko posmarowałam buzię kremem i po kilku minutach przestałam czuć palące policzki, a po kilkunastu - rumieńce zeszły. 
Przez to, że krem jest lekki, delikatnie nawilża skórę, także przy wysuszonej będzie on za słaby. Ale w takich przypadkach używam innych kremów. Jedyny minus jaki widzę w tym kremie to brak filtrów, no i wysoka cena.




Cena i dostępność: apteki, ok. 50 zł/40 ml.


Składu: na opakowaniu, ani na tubce go nie ma (poza składnikami podanymi w opisie producenta "działanie").


Podsumowując: Krem uwielbiam. Za działanie i za lekkość. Jedyne minusy to brak filtrów i cena. Ale za to, co robi z moją buzią - z pewnością kupię kolejną tubkę.

Wild Wisteria

Na lakiery Orly czaiłam się bardzo długo. Głównie ze względu na cenę. Ale jak już dostałam premię to postanowiłam zaszaleć i kupić sobie jeden w oryginalnym rozmiarze (18 ml). Bardzo długo wybierałam kolor, aż w końcu zdecydowałam się na Wild Wisteria z kolekcji Bloom. I nie żałuję tego wyboru! Kolor jest piękny, ni to ciemny granat wpadający w fiolet, ni to sam granat. Ale za to właśnie go uwielbiam. I za trwałość i właśnie za ten kolor.


Na paznokciach poniżej mam go 4 dni. Lekki odprysk na środkowym palcu i to jedyne ubytki. A wcześniej sprzątałam i gotowałam. Także jestem jak najbardziej za! I kupiłabym więcej, gdyby nie ta cena...




Cena: 39 zł. Dostępny tutaj.

Mój pierwszy BlogBox! ;)

Na dzisiaj miałam przygotowaną zupełnie inną notkę, ale pan listonosz pokrzyżował mi całkowicie plany ;) Wszystkie paczki, które miałam dziś dostać już odebrałam, a tu taka niespodziewajka! Mój pierwszy BlogBox! Nawet nie wiecie jakiego banana mam na buzi! ;)




Paczuchę dostałam od Toldinki i baaardzo mi się podoba!


A oto, co otrzymałam:

  • cece of sweden - salonk eratin&cherry schampoo - szampon do włosów farbowanych i zniszczonych - pachnie obłędnie!
  • family care - krem pielęgnacyjno odżywczy z dziką różą i rokitnikiem - krem do twarzy
  • inglot - lip gloss - błyszczyk o równie pięknym zapachu, co szampon :) (na zdjęciu schował się właśnie pod szampon)
  • anida pharmacy - milk cream - krem do rąk i paznokci
  • champs de provence - rose - sól do kąpieli - będę miała, co testować w nowej wannie!
  • perfecta - cera zmęczona - serum intensywnie regenerujące
Na niespodziankę załapała się również moja Kulka - dostała kurczaka w galarecie. Smakował jej bardzo, po jego zjedzeniu wyglądała tak, jak na poniższym zdjęciu :)




Ancynamon

Lakiery Colour Alike pokochałam miłością ogromną. Po pierwsze, mają cudne kolory. Po drugie mają odpowiedni pędzelek. Po trzecie są tanie. Po czwarte mają dobrą trwałość. Czego chcieć więcej od lakieru? :)


Ostatnio kupiłam kilka lakierów, jednym z nich jest Ancynamon (nr 111).




Kolor jest dokładnie taki jak nazwa: cynamonowy. A że cynamon kocham to i ten lakier również ;)


Na paznokciach po 3 dniach, mam lekko starte końcówki. 


Jedynym minusem lakierów Colour Alike jest zakrętka. Widać na niej ślady paluchów, których nie lubię. Ale da się to przeżyć.


Cena: 10,99 zł. Do kupienia tutaj.

Alterra - szampon do włosów, part 2

Ostatnio pisałam o szamponie Alterra Sensitiv. Dziś kolej na:



zdjęcie: google.pl


Opis producenta:
Do produkcji szamponu nawilżającego zastosowano specjalnie dobrane składniki najwyższej jakości: wartościowa kompozycja pielęgnacyjna z wyciągami z aloesu, granatu i kwiatów akacji pielęgnuje włosy, nawilża je i dostarcza włosom zniszczonym nowej energii. 


Opakowanie: 
Solidne, plastikowe opakowanie z zatyczką, niczym się nie różni od innych szamponów tej marki.


Zapach:
Słodki, przyjemny - zupełna odwrotność jego poprzednika w mojej łazience.


Konsystencja:
Tak samo, przezroczysta galaretka.


Działanie:
Z tym szamponem już nie było tak różowo, jak z Sensitiv. Mam wrażenie, że bardziej mi włosy przesuszył, przez co musiałam częściej używać odżywki do włosów. Dodatkowo plątał mi je, ciężko się je rozczesywało.  Zużyć, zużyłam go do końca, ale raczej się nie polubiliśmy. Teraz testuję kolejny.


Cena i dostępność: Rossman, ok. 9 zł/200 ml.


Skład: Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Sodium Coco Sulfate, cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Lauroyl Sarcosine, Punica Granatum Extract*, Aloe Barbadensis Extract*, Acacia Farnesiana Extract, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Alcohol*, Parfum**, Linalool**, Limonene**, Geraniol**, Citronellol**, Citral**.
* surowce pochodzące z uprawy kontrolowanej biologicznie.
** naturalne olejki eteryczne.


Podsumowując:  W przypadku tego szamponu nie będzie tyle ochów i achów. Tak, jak pisałam wcześniej - przesuszył mi włosy i je plątał. Nie czuję żalu po rozstaniu z nim.
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me